Kto artystom narobił na głowy

FELIETON \ Strategia obronna kwiczoła a najtwardszy i najgłośniejszy elektorat Platformy Obywatelskiej

numer 2670 - 29.06.2020Publicystyka

„Ja się czuję, jakby ktoś na mnie srał cały czas, to jest coś okropnego” – mówiła we wrześniu 2017 r. w Radiu Zet Krystyna Janda w kontekście sytuacji politycznej. Minęły trzy lata i niewiele się zmieniło w podejściu artystów do rzeczywistości. Platforma Obywatelska jawi im się jako wzór cnót i wyspa wolności, chociaż to właśnie za rządów PO zabrano artystom pieniądze, a sztuka stała na żenująco niskim poziomie.

Tamta władza lubiła artystów. Już nigdy nie będzie nam tak dobrze” – mówiła w 2011 r. w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” Olga Lipińska w odniesieniu do władz PRL. Dziś wydaje się, że artyści mentalnie tkwią w czasach komuny – ten syndrom dotknął nawet tych, którzy czasów PRL nie pamiętają.

Generalnie chodzi o stan, w którym artyści żyją za pan brat z władzą, nawet jeżeli ona nimi pogardza. Jest jednak swoja, nie wymaga od nikogo rozliczeń i lustracji, nie zagląda w papiery z archiwów IPN, uznaje „wolność, równość, braterstwo”, czyta „Gazetę Wyborczą”, ogląda TVN i jest tak bardzo europejska. Nic to, że w PiS jest znacznie więcej intelektualistów i naukowców niż w PO; że są to ludzie, którzy w czasach PRL zachowali twarz i honor, że nie przeszli na stronę bezpieki. To nie ma żadnego znaczenia dla twardego elektoratu PO, jakim jest właśnie część artystów.

„Nasi” i „obcy”

Przed każdymi wyborami następuje wzmożenie wśród aktorów i wszelkiej maści artystów. Nawołują, aby głosować na kandydatów Platformy Obywatelskiej i „odsunąć PiS od władzy”. I zawsze jest taka prawidłowość: polityk, który pozostaje w PiS, jest postrzegany jako cham, burak i prymityw, ale po przejściu do PO staje się krynicą mądrości. Wystarczy przypomnieć, jak traktowano Radosława Sikorskiego, Romana Giertycha, Kazimierza Marcinkiewicza, Michała Kamińskiego czy Kazimierza Michała Ujazdowskiego, gdy byli w rządzie PiS–Liga Polskich Rodzin–Samoobrona. Powstawały dowcipy na ich temat i mało wybredne żarty kabaretowe. Sytuacja się diametralnie odmieniła, gdy odeszli z PiS i zostali politykami bądź sympatykami PO: byli traktowani jak swoi, z należytą powagą i szacunkiem. A to, że musieli wcześniej złożyć samokrytykę, jak nie przymierzając za czasów Lenina i Stalina, to już zupełnie inna historia.

Nie zapomnę, jak zaraz po zwycięstwie koalicji PO–PSL w październiku 2007 r. przez TVN przetoczyły się tabuny artystów, którzy pletli androny i piramidalne bzdury, jak to ludzie nagle „zaczęli się do siebie uśmiechać” i jak „wszędzie zapanowała przyjazna atmosfera”. Prym w opowieściach na temat „przywracania normalności” wiódł oczywiście dyżurny krytyk PiS Zbigniew Hołdys.

Mann, Niedźwiecki i inni dla Komorowskiego

Z wypowiedzi artystów wynikało, że po objęciu rządów PO–PSL nastanie „normalność” (czytaj: eldorado finansowe). I część artystów rzeczywiście się nie zawiodła: spłynęły kontrakty reklamowe, zamówienia, role.

Zapewne mało kto dziś pamięta, że osiem miesięcy po katastrofie smoleńskiej do Warszawy na zaproszenie ówczesnego prezydenta Bronisława Komorowskiego przyjechał Dmitrij Miedwiediew. Jednym z elementów wizyty był udział prezydentów w koncercie, na którym artyści śpiewali piosenki Włodzimierza Wysockiego. Koncert powstał według scenariusza i w reżyserii Jerzego Satanowskiego, a do udziału w nim zaproszono m.in. Artura Barcisia, Margitę Ślizowską i Annę Ozner.

Dla Miedwiediewa śpiewał także Maciej Maleńczuk. Piosenkarz wziął też udział w koncercie w siedzibie Programu III Polskiego Radia „Przeboje Radia Luksemburg”, który poprowadzili Marek Niedźwiecki i Wojciech Mann



zawartość zablokowana

Autor: Dorota Kania


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się














#DziękujeMyZaOdwagę
reklama