Co dalej z Polską B?

SPOŁECZEŃSTWO \ 500+ wybudziło Polskę B z marazmu – ale teraz jej aspiracje będą rosły

numer 2697 - 30.07.2020Publicystyka

Polska B to nie tylko małe miejscowości na prowincji. Polska B to również gorsze dzielnice metropolii. Polska B to z reguły gorsze zarobki i mniejsze szanse edukacyjne. Polska nie jest podzielona na pół – Polska to wciąż o wiele większa liczba zdecydowanie mniej zamożnych, stosunkowo nieliczna klasa średnia, niemal zupełnie bezrefleksyjnie pokładająca swoje nadzieje w oligarchii III RP.



Zjednoczona niemal doskonale w przedwyborczym starciu liberalno-lewicowa opozycja, przez lata pilnująca interesów superbeneficjentów polskich przemian, wciąż nie może pogodzić się z wyborczą porażką. A równocześnie politycy Platformy Obywatelskiej z niechęcią przyznają, że nie udało im się podważyć zaufania wyborców z Polski B do Andrzeja Dudy. Z bardzo prostej przyczyny: sprawiły to dotrzymane przez Prawo i Sprawiedliwość obietnice wyborcze złożone jeszcze w 2015 r. i stopniowo wprowadzane w życie.

Polityka i pieniądze

Nie bez znaczenia była również zdecydowana poprawa dobrostanu Polski B w ostatnich latach, związana ze spadkiem bezrobocia i świetną koniunkturą ekonomiczną. To wszystko sprawiło, że nawet w o wiele trudniejszych niż zakładane jeszcze zimą warunkach, w atmosferze polityczno-pandemicznych perturbacji, Andrzej Duda wygrał nie tylko jako sprawnie komunikujący się z Polską powiatową prezydent. Był symbolem dotrzymanych przez rządzącą formację obietnic. Znaczna mobilizacja jego elektoratu świadczy o czymś dokładnie przeciwnym, niż w kraju i za granicą trąbią opozycyjne partie i media: w Polsce budzą się nowi obywatele, ludzie, którzy zyskali lub odzyskali wiarę w demokratyczne wybory, ponieważ poczuli się potraktowani serio. I zobaczyli, że w politycznej grze interesów mają coś do zyskania – lub stracenia. Liberalno-lewicowych wyborców to przeraża, uważają, że wyborcami PiS kierują niskie, materialne intencje.

Ale w gruncie rzeczy za polityką zawsze stały właśnie ekonomiczne obietnice. Tyle że w III RP z reguły były one korzystne lub nosiły pozór korzyści dla dość wąskiego, lecz opiniotwórczego grona staro-nowych elit, wzbogaconej inteligencji z lepszych dzielnic wielkich i małych miast oraz „wilanowskiej klasy średniej”. Polski B nie traktowało się serio, stygmatyzowano i przemilczano ją, jeśli „siedziała cicho”, a straszono nią lub grożono jej

– gdy występowała mniej lub bardziej zdecydowanie przeciw interesom Polski A.

Mniej lub bardziej świadomie PiS doprowadziło do tego, że konflikty ekonomiczne, konflikty dotyczące interesów różnych warstw społecznych niejako z marszu weszły do głównego nurtu debaty publicznej. Ani konfliktami tożsamościowymi, ani sporami kulturowymi nie wygrywa się dziś w Polsce politycznych bojów – co nie znaczy oczywiście, że straciły one zupełnie na ważności. Wystarczy jednak poczytać dziś wywiady z politologami i socjologami, którzy mają odwagę samodzielnie myśleć, by zobaczyć, jak bardzo zmienia się polska rzeczywistość.

Wreszcie widać Polskę B

Dziś nawet neoliberalne komercyjne media, często z decyzyjnymi ośrodkami poza granicami Polski, są zmuszone zauważyć, że liczą się także opinie i postawy Polski B. Tej Polski, którą medialny mainstream od początków III RP miał w lekceważeniu, którą opisywał za pomocą użytecznych pojęć, służących jako wygodna pałka do bicia: roszczeniowi, leniwi, niedopasowani, chamscy, ciemni, bez kultury, rozpici, niezaradni. Na ogół były to zwykłe kalumnie – ponieważ Polska B bardzo szybko musiała zacząć radzić sobie sama, tuż po transformacji pozbawiona godnej pracy i płacy



zawartość zablokowana

Autor: Krzysztof Wołodźko


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się




reklama










#DziękujeMyZaOdwagę
reklama