Trochę inny rezerwat

INDIANIE \ Navajo Tribal Park

Teoretycznie poszukiwania Indian we współczesnych Stanach nie powinny nastręczać większych trudności. Amerykańskie statystyki mówią przecież nawet o 2,5 mln ludzi. Podejmując poszukiwania, warto jednak uprzednio zrewidować nieco swoje wyobrażenie o dumnych i silnych wojownikach. Te czasy minęły bezpowrotnie.
Hey, man… – potężny mężczyzna stuka w szybę samochodu stojącego przy paliwowym dystrybutorze. Ma prawie dwa metry wzrostu. Ubrany jest w mocno przybrudzone dżinsy i zmechaconą koszulę. Spięte kruczoczarne włosy opadają na szerokie barki.
– Co się stało? – pytam, otwierając drzwi. Siedzę w tym samochodzie de facto jako gość. Amerykański znajomy postanowił zabrać mnie na przejażdżkę na słynny Dziki Zachód. Teraz prawdopodobnie płaci w kasie za paliwo.
– Pieniędzy. Chociaż parę baksów… – mężczyzna jest mocno bezpośredni. Jak to często bywa w przypadku żebrzących.
– To moje ostatnie pieniądze – odpowiadam zupełnie szczerze, zaglądając do portfela. – Muszę mieć na powrót.
– Nic mi nie dasz? – w tym momencie mężczyzną zaczyna mocno chwiać. Dopiero teraz dostrzegam, że jest już mocno pijany.
– To tu niestety dość powszechne. I cholernie smutne – amerykański znajomy właśnie wrócił do auta. Szybko odpala samochód. – Temat długi jak historia. Mnóstwo tu winnych, a jeszcze więcej zaniedbań.
Nie takiego obrazka się spodziewałem. Wychowany na obrazkach dumnego Winnetou, podświadomie pragnąłem ujrzeć dumnych ludzi. Siłą rzeczy taką wizję Indian od lat nosiłem w głowie. Teraz przyszła pora na zderzenie z rzeczywistością. Mocne i dość stanowczo bolesne.
Wjeżdżamy na teren rezerwatu. To pogranicze stanów Montana i Wyoming. Równinna połać traw. Nieopodal widać pasące się konie. Dalej zaczyna się ogrodzenie z drutu kolczastego. Będzie się ciągnęło przez kilka ładnych kilometrów. Odgradza ono od szosy pojedyncze domostwa. Bardzo różne. Tu akurat gospodarstwo to dwie przyczepy kampingowe i wielkie cmentarzysko rupieciarni na podwórzu. Nieco dalej blaszany domek, który przy większym podmuchu wiatru prawdopodobnie by się rozleciał. Przed domkami walające się wiadra, plastikowe mocowania, bezładnie leżące deski. To rezerwat Indian Arapaho, ludzi, którym zabrano kiedyś wszystko.
Dziś można ich spotkać przy kasach okolicznego Wallmartu. Czasem za ladą stacji benzynowych albo jak sprzedają jakieś drobne rękodzieła na pobliskim parkingu. Ci ludzie jednak i tak stanowią mniejszość, jeśli chodzi o Indian. Pozostali zwyczajowo się snują, szukając pieniędzy najchętniej z cudzego portfela.
Arapaho, Navajo, Siksika, Hopi, Cherokee… Wszystkich plemion jest dziś w Stanach około 500. Zrzeszają wspólnie 2,5 mln czerwonoskórych. Mieszkają w rezerwatach zajmujących 2,3 proc. całej powierzchni USA. Część z tych miejsc to miejsca kultu, spoczynku przodków, zbiorowych modlitw czy pokoleniowych rozmów przy rozpalonym ognisku.
Tak jest również tutaj. Przy Monument Valley – Dolinie Pomników, wizytówce pogranicza Utah i Arizony. U podnóży pomarańczowych skalnych ostańców znajduje się największy ze wszystkich indiańskich rezerwatów. To Navajo Tribal Park: 71 tys. km kw. półpustynnego terenu. Obszaru, który stanowi prawie czwartą część Polski, usianego rudawą skałą, wystawionymi na erozję skalnymi grzybami. Normalnym widokiem w tym krajobrazie są grzechotniki.
Przez usytuowany w samym centrum czerwonej pustyni indiański rezerwat prowadzi jedna z najsłynniejszych szutrowych dróg w całych Stanach. To siedemnastomilowa Scenic Drive. Wjazd na widokową pętlę kosztuje 20 dol. od auta. Ktoś zapyta, czy warto. Pewnie, że tak. Dla widoków, dla pejzażu. Indian takich jak kiedyś na Dzikim Zachodzie dawno już tu nie ma. Chyba że myślimy o tej pani, która pobierała należność za bilet wstępu albo o jej krewnych oprowadzających w tej chwili tłumy chętnych po pobliskim Kanionie Antylopy. Tym się udało. Znaczna część ich współplemieńców koczuje nadal przy swoich domkach i czeka na kolejny dzień.
 

 

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Interesuje Cię pakiet wielu subskrypcji? Napisz do nas redakcja@gpcodziennie.pl