reklama


Jak „wystawiono” prezydenta

TAJEMNICE „BIAŁEJ KSIĘGI”

Numer 53-54 - 10.11.2011Polska

Widać gołym okiem, że układ rządzący obawia się tematu katastrofy smoleńskiej. Czyżby powodem było nieczyste sumienie? Czyżby rządzący wiedzieli, że okoliczności tragedii mogą stać się dla nich dowodami w wielkim akcie oskarżenia? I to oskarżenia nie tylko politycznego czy moralnego, ale najzupełniej konkretnego.

Władza przyjęła więc taktykę odwlekania, mącenia, medialnych wrzutek i bezczelnych, jawnych kłamstw (niesławne „przekopywanie i przesiewa-nie ziemi na metr w głąb” minister Kopacz). Jak na razie może sobie gratulować – strategia okazała się skuteczna. Większość Polaków, jak wskazują choćby wyniki ostatnich wyborów, udało się w ten sposób zmęczyć i zniechęcić do poszukiwania prawdy.

Półtora roku bez rezultatów

Niektórzy, jak ostatnio prof. Krasnodębski, mają im to za złe. Czy słusznie? Zapewne można czuć rozgoryczenie, że ludzie dają sobą manipulować, zapominają o rozmiarach tragedii i jej konsekwencjach dla kraju i dla nich samych. Ale z drugiej strony można zrozumieć tych, którzy po ponad półtora roku robienia wody z mózgu przez media i władzę, nie mając wciąż jasnego wytłumaczenia sytuacji, czują się zagubieni i zniechęceni.

Nawet w środowiskach niedawno jeszcze aktywnych zapanowało zniechęcenie. Choćby w internecie. Dobrze, wręcz profesjonalnie prowadzone na kilku portalach śledztwa blogerskie doprowadziły tam do odkrycia wielu informacji i stworzenia ciekawych hipotez, zbliżających do wyjaśnienia katastrofy. Jednak ostatnio nowe analizy, zamieszczane już tylko przez najwytrwalszych blogerów, zdarzają się coraz rzadziej. Zmęczenie jest naturalne, bo ile można drążyć, poświęcając czas i energię, nie tylko bez instytucjonalnego wsparcia czy nawet zainteresowania z zewnątrz, ale wyraźnie wbrew niechętnemu wyjaśnianiu sprawy stanowisku władz. Z prokuraturą włącznie.

A przecież w niedawno opublikowanej „Białej księdze”, przygotowanej przez sejmowy zespół Antoniego Macierewicza, znajdujemy informacje doprawdy sensacyjne. Takie, które pozwalają spojrzeć na przebieg wydarzeń 10 kwietnia zupełnie inaczej niż dotąd i jednoznacznie podważają wersję MAK-u i Millera.

Serwisant z Moskwy

Jak wiadomo, Tu-154M został przez stronę polską odebrany w styczniu 2010 r. po trwającym 7 miesięcy remoncie generalnym. Remont ten wykonywany był w Rosji, co już samo w sobie urąga podstawowym zasadom bezpieczeństwa. Według wojskowych ekspertów lotniczych, z którymi rozmawialiśmy, w tak długim czasie można w samolocie, np. w jego oprogramowaniu, „zainstalować dosłownie wszystko”.

Równie podejrzany jest fakt, że po tak gruntownym remoncie, w ciągu zaledwie trzech miesięcy pozostałych do katastrofy, w Tu-154M często psuł się autopilot i blok sterowania. Czyli podzespoły mające decydujący wpływ na bezpieczeństwo w trakcie podchodzenia do lądowania. Jeśli bowiem wyobrazimy sobie próbę doprowadzenia do rozbicia samolotu w sposób pozostawiający najmniej śladów, to najłatwiejsze wydaje się spowodowanie awarii sterów wysokości w ostatniej fazie lotu.

Dodajmy do tego kolejne skandaliczne zaniedbanie z dziedziny bezpieczeństwa: naprawy tych urządzeń tuż przed katastrofą odbyły się wprawdzie w Warszawie, ale wykonywał je Rosjanin, przysłany przez zagraniczną firmę zajmującą się serwisem



zawartość zablokowana

Autor: Artur Dmochowski


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się




reklama








#DziękujeMyZaOdwagę
reklama