Wsparcie dla mediów Strefy Wolnego Słowa jest niezmiernie ważne! Razem ratujmy niezależne media! Wspieram TERAZ » x

Człowiek lasu

Dodano: 14/02/2014 - Numer 738 - 14.02.2014
fot. Stefan Czerniecki
fot. Stefan Czerniecki
Ponoć potrafi nieźle dziabnąć. Do tego stopnia, że gdy się go mija, lepiej odwrócić głowę i udawać, że się go nie widzi. On zrobi dokładnie to samo, delikatnie tylko muskając nas sierścią. I możemy iść dalej. Proszę iść prosto. Macie jeszcze dwie minuty. Zaraz zacznie się karmienie – mówi kasjer, przecinając mój bilet wstępu. Przede mną wygodna drewniana kładka. Należy tylko uważać, bo od wszędobylskiej w dżungli wilgoci troszkę na niej ślisko. Trudno. Trzeba ryzykować. Następne karmienie dopiero o piętnastej. Po dwóch–trzech minutach żwawego marszu słychać ludzi. Poruszony szum ludzkich pokrzykiwań, szeptów, gęsto od emocji. Jestem już blisko. Nadal jednak nic nie widać. Póki co dokoła głównie plątanina pnączy, drzew, liści. Borneański las. Jak mawiają tutejsi – najstarszy las deszczowy na świecie. A właściwie jego fragment, bo Centrum Rehabilitacyjne Orangutanów w Sepilok zajmuje zaledwie znikomy promil wszystkich lasów tej gigantycznej wyspy, zajmujących obecnie ok. 370 tys. km kw. Tak, tak... Powierzchnia samych lasów na Borneo obszarowo zajmuje więcej niż Polska. O! Już widać. Są! Kilkudziesięciu ludzi skupionych przy barierkach z wycelowanymi zoomami aparatów oraz kamer. Są profesjonaliści z opartymi na statywach wielkimi fotograficznymi kolubrynami, ale – i tych jest zdecydowana przewaga – są i amatorzy, którzy pragną uwiecznić tę chwilę dla siebie. Kilkanaście metrów przed nimi na specjalnej platformie siedzi pan z krótkofalówką. Przed nim duży kosz. Co pewien czas wkłada do niego rękę, by po chwili szukania wyjąć kolejny owoc. To dla orangutanów. Wśród krzątających się dokoła karmiącego małp (głównie makaków) dostrzec można dwa pomarańczowe stwory. Jeden przeraźliwie chudy, drugi trochę potężniejszy. Fikuśnie zwisający na specjalnie umocowanej linie. To orangutany. A właściwie orang hutany, co tłumacząc z języka malajskiego miałoby oznaczać „ludzie lasu”. Jedyne z azjatyckich małp człekokształtnych. Gatunek na wymarciu, który – jak się szacuje – jeszcze sto lat temu był reprezentowany przez 230 tys. sztuk. Obecnie już tylko przez ok. 60 tys. osobników. A będzie ich coraz mniej – jak ostrzegają zoolodzy. Dziś żyjącego na wolności orangutana można spotkać już tylko na Sumatrze oraz Borneo. – No i co? To wszystko? Będziemy tak teraz stali w tym tłumie i gapili się na jakiegoś jegomościa, jak karmi małpy? Przecież to i u nas w zoo mam… – odzywa się nie bez racji Michał, który dopiero teraz dociera na miejsce obserwacji. Nie potrafię z nim się nie zgodzić. „Ogólnoturystyczny spęd polegający na dwuminutowym spacerze i możliwości oglądania zza barierki faceta karmiącego dwa orangutany – a wszystko za równowartość 30 zł” – mogłaby brzmieć konstatacja z odwiedzin borneańskiego Sepilok. Cały czas mam jednak w pamięci uroczą starszą panią, która gdy tylko się dowiedziała, dokąd jedziemy, poradziła ciepło: „Pamiętajcie tylko, aby dać sobie szansę. Jak skończy się karmienie, nie opuszczajcie parku jak wszyscy inni. Poczekajcie troszkę. Orangutany czasem wracają”. Tak naprawdę w parku trzyma nas w tej chwili wyłącznie ta rada. W 20 minut po zakończeniu karmienia Centrum Rehabilitacyjne pustoszeje. Snujemy się bez celu pomiędzy konarami drzew, wsłuchując się w muzykę dżungli, i jednocześnie chroniąc głowy przed upalnym żarem nieba. – Ciii… – słyszę nagle przed sobą. To parkowy strażnik ostrzega przed hałasowaniem, wskazując na pobliską furtkę przy mostku. A na niej rozłożonego orangutana. Oprócz strażnika i nas dostrzegam jeszcze może ze cztery–pięć osób. Orangutan nic jednak sobie nie robi z naszej obecności. Przeciąga się, szczerzy zęby. Chyba mu tu dobrze. To ponoć niezwykle sympatyczne i towarzyskie zwierzęta. – Choć czasem jak drapnie, to... – podsumowuje strażnik. A ja nadal z uśmiechem wpatruję się w zdawałoby się zupełnie bezbronnego i ufnego osiemdziesięciokilogramowego małpiszona, która to wszystko ma chyba… głęboko gdzieś.
     

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gpcodziennie.pl

W tym numerze