Wsparcie dla mediów Strefy Wolnego Słowa jest niezmiernie ważne! Razem ratujmy niezależne media! Wspieram TERAZ » x

Gori Anno Domini 2014

Dodano: 14/03/2014 - Numer 762 - 14.03.2014
fot. Stefan Czerniecki
fot. Stefan Czerniecki
Z okna hotelowego korytarza rozciąga się widok na obskurne podwórka – zalegający śnieg, miastowa breja, depresyjny widok beznadziei i rozkładu. Na okolicznych budynkach widać ślady kul. Nie bardzo chce o tym rozmawiać. To widać. Na pytanie o to, którędy przeprowadzano najazd, wbija wzrok w okalający twierdzę murek. Dopiero po kilku sekundach odpowiada. – Tam… Szli stamtąd – szepcze, wskazując tereny za rzeką. Z naszej pespektywy widać w tej chwili większą część miasta. Stara twierdza ulokowana jest na wzgórzu Gori Cyche. Gdy Gruzin chce powiedzieć o czymś niemożliwym do osiągnięcia, często mówi właśnie: „Eg aris da goris cyche”, co oznacza: „Oto twierdza Gori”. Jednak tym razem przysłowie nie znalazło potwierdzenia w rzeczywistości. – Zajęli miasto w kilka godzin. I już tutaj zostali – mój rozmówca zawiesza głos. – Okupowali miasto przez półtora tygodnia. No dobrze. Teraz wszystko wiecie. Idźcie już stąd! Z ulokowanej w środkowej części miasta twierdzy wyraźnie widać przelewającą się przez miasto Wielką Liachwi. Rzeka wpływa od północy. Wlewa się do Gori, tak jak wlali się wtedy oni. Rosjanie najeżdżający Gruzję w sierpniu 2008 r. – Czego wy tu właściwie szukacie? Śladów walk? Nie ma. Zburzyli wszystko. To, co widać, to wszystko nowo wybudowane. Zniszczyli miasto. Idźcie już, proszę… – pilnujący twierdzy strażnik ma łzy w oczach. Wspomnienia są nazbyt świeże. Przy cerkwi u podnóża twierdzy kończy się poranne nabożeństwo. Ciekawi lokalnych obrządków podchodzimy nico bliżej, by zajrzeć do środka. Drzwi otwiera starsza babuleńka. Najwyraźniej już wychodzi. – Odkuda wy? – rzuca, widząc nasz ciekawski wzrok. – Z Polszy. – Polsza… – i znów to samo co kilka chwil wcześniej – w oczach kobiety widać łzy, z tą jednak różnicą, że na jej twarzy maluje się też wdzięczność. Tęskny wzrok babuleńki przechodzi powoli z jednej twarzy na kolejną. Wreszcie podchodzi bliżej, tuląc po chwili moje ramię i powtarzając po cichu: – Paljaki, Paljaki… Spasiba wam… Paljaki… Nic nie mówimy. Już nie potrzeba. Dzisiejsze Gori – zburzone, brzydkie, otępiałe. Z pokomunistyczną zabudową, z surowymi budynkami. Wreszcie: z monumentalnym placem Stalina i z niewielką wiejską chatką na jego środku, otoczoną marmurowymi wzmocnieniami, mającymi ją chronić przed totalną rozsypką. To rzekomo w tej chacie miał się urodzić tyran. Tuż za domem stoi jego pomnik. Statua niedoszłego księdza, który ostatecznie stał się mordercą przynajmniej 50 mln ludzi. To tylko liczby. Ale gdyby zastanowić się nad każdym z tych zabitych, nad jego dzieciństwem, marzeniami, miłościami, tęsknotą, rodzinnymi sprzeczkami przy stole, śmiechem… 50 mln ludzkich istnień. A niektórzy historycy podają nawet dwukrotnie wyższą liczbę ofiar. Tutaj Stalin się urodził, tutaj dojrzewał. Tutaj wreszcie postawiono mu muzeum oraz pomnik. I tutaj do dziś czuć ducha jego przeszłości. – Chłopaki, ci trzej tam od dwudziestu minut idą za nami… – zwraca się do nas jedna z koleżanek. Po jej minie można wnioskować, że raczej nie żartuje. Za nami faktycznie idzie trzech nieciekawie wyglądających drabów. Przystajemy. Oni również. Bezczelnie się na nas gapiąc, palą papierosy. – Chodźcie na drugą stronę ulicy. Widzę radiowóz – rzucam. Śledzący nas bezzwłocznie ruszają naszym tropem. Będą tak szli aż do naszego hotelu. Z okna hotelowego korytarza rozciąga się widok na obskurne podwórka – zalegający śnieg, miastowa breja, depresyjny widok beznadziei i rozkładu. Na okolicznych budynkach widać ślady kul. – Musieli strzelać, jak leciało – szepcze stojący obok mnie Paweł. – Ścierwojady – wymyka mi się bezwolnie.
     

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gpcodziennie.pl

W tym numerze