Wsparcie dla mediów Strefy Wolnego Słowa jest niezmiernie ważne! Razem ratujmy niezależne media! Wspieram TERAZ » x

Przetrwanie Dakaru to wielka rzecz

Dodano: 19/10/2015 - Numer 1247 - 19.10.2015
fot. Marcin Kin
fot. Marcin Kin
RAJDY SAMOCHODOWE \ Z ADAMEM MAŁYSZEM, KIEROWCĄ RAJDOWYM, CZŁONKIEM ORLEN TEAM, ROZMAWIA KRZYSZTOF JORDAN Biorąc pod uwagę, że trasę najbliższego Dakaru przygotowywał wyśmienity motocyklista Marc Coma, raczej nie będzie łatwo. Coma wie, na czym polega ta impreza, i pewnie postarał się utrzymać wymagający poziom. Myślę, że czeka nas dużo jazdy po dnach wyschniętych rzek i po półkach skalnych. Przed rozpoczęciem niedawnego rajdu w Maroku mówiło się, że te zawody będą małym Dakarem. Te przewidywania się potwierdziły? Myślę, że spokojnie można tak powiedzieć. W sezonie jest kilka imprez zaliczanych do Pucharu Świata w rajdach cross country, które można tak określić. Trwają po pięć, sześć dni, a więc mniej więcej połowę tego, co Dakar. Odbywają się w podobnych warunkach: trasa prowadzi przez pustynie, wydmy, koryta rzeczne. Etapy długością też przypominają te z Ameryki Południowej. Mają po kilkaset kilometrów, a przez długie dojazdówki potrafią być równie męczące. W próbie generalnej przed najważniejszą imprezą sezonu zajął Pan ze swoim pilotem Xavierem Panserim ósme miejsce. To dobry prognostyk? Tak. Początek zawodów w Maroku był dla mnie ciężki. Nie czułem się komfortowo w samochodzie, nie mogłem złapać rytmu. Szukałem różnych ustawień auta. Potem się rozkręciłem i czułem za kierownicą coraz pewniej. Kolejne trzy dni były już bardzo udane. Mimo choroby Xaviera nie popełnialiśmy większych błędów w nawigacji, nie mieliśmy kłopotów ze sprzętem. Ten występ pokazał, że nasza załoga ma spore możliwości. Mimo bardzo mocnej obsady z powodzeniem walczyliśmy o dobre wyniki etapowe i ukończyliśmy rajd na wysokiej pozycji. To sprawia, że z optymizmem czekam na styczniowy Dakar. Podobne były także warunki pogodowe. Palące słońce, wysokie temperatury… Jak kondycyjnie wytrzymał Pan rywalizację w Maroku? Dobrze. Nie miałem większych problemów. Oczywiście, na mecie byłem zmęczony, ale szybko się regenerowałem. To również dzięki temu, że od jakiegoś czasu pracuję ze specjalistą przygotowania motorycznego i żywienia Michałem Wilkiem. Widzę po sobie, że jeśli chodzi o kondycję, to jestem mocniejszy niż przed laty. Pomoc fachowca i trening według jego planów dają lepsze efekty, niż kiedy nad tymi samymi elementami pracuje się samodzielnie. Podoba się Panu zmodyfikowana trasa najbliższego Dakaru? Trzeba było wytyczyć ją na nowo, bo z imprezy wycofał się jeden z krajów goszczących rajdową karawanę – Peru. Trudno powiedzieć. Nie mam pojęcia, co organizatorzy zaserwują nam w nadchodzącej edycji. Biorąc pod uwagę, że trasę przygotowywał wyśmienity motocyklista Marc Coma, raczej nie będzie łatwo. Wiele osób sugeruje, że odcinki bardziej będą przypominały te z WRC niż cross country, ale nie chce mi się w to wierzyć. Coma jeździł motocyklem, a więc rywalizował w bardzo trudnej kategorii dakarowej. Doskonale wie, na czym polega ta impreza i pewnie postarał się utrzymać wymagający poziom. Zdążyłem trochę poznać Argentynę. Myślę, że czeka nas dużo jazdy po dnach wyschniętych rzek i po półkach skalnych. Będzie wąsko, kamienisto. Ominiemy Peru, więc wydm będzie mało. Szkoda. Niektórzy liczą chyba jednak na łatwiejsze etapy. Wśród uczestników Dakaru 2016 pojawiło się kilku kierowców znanych z występów w rajdowych mistrzostwach świata: Mikko Hirvonen, Sebastien Loeb, ostatnio Martin Prokop. Czy w swoim pierwszym występie w tej imprezie będą w stanie zająć wysokie lokaty? Oczywiście. To są zawodnicy siedzący w samochodach w zasadzie od dziecka. Wszystko będzie zależało od tego, jak szybko nauczą się specyfiki rajdów terenowych. Potrafią się ścigać, ale nie mają dakarowego doświadczenia. Co to znaczy, pokazał Krzysztof Hołowczyc, który dziesięć lat czekał na podium w tych zawodach. Po drodze miał wypadki, awarie. Bo w tym maratonie nie można jechać jak rajdowiec, trzeba wyczucia i rozwagi. Zaczynający się w styczniu w Buenos Aires Dakar będzie piątym w Pana karierze. Jakie były Pana wyobrażenia o tej imprezie przed debiutem i jak to się miało do rzeczywistości? Z relacji telewizyjnych i opowieści wiedziałem, że to coś bardzo trudnego. Oglądałem wykończonych wielogodzinną jazdą kierowców, sprzęt na granicy wytrzymałości. Na miejscu okazało się, że w praktyce jest jeszcze gorzej. Przetrwanie tego maratonu to naprawdę wielka rzecz. W tym roku zmienił Pan pilota i startuje z Xavierem Panserim. Jak Wam się jeździ? Cały czas się docieramy. Zaliczyliśmy raptem trzy rajdy, z tego tylko jeden dłuższy. Jak pokazał występ w Maroku, Xavier jest świetnym nawigatorem i z każdym kilometrem przejechanym wspólnie rozumiemy się coraz lepiej. Jestem zadowolony, bo to bardzo pozytywna osoba. Wprowadza fajną atmosferę, zawsze jest uśmiechnięty. No chyba że coś zawali. Wtedy robi się pokorny. Panseri jest Francuzem mieszkającym w Warszawie. W jakim języku rozmawiacie w rajdówce? Po angielsku. Wspólnie podjęliśmy taką decyzję. Xavier trochę mówi po polsku, dużo rozumie. Zaraz na początku współpracy powiedział mi jednak, że bałby się, iż dyktując mi wskazówki po polsku, popełni jakiś błąd. Angielski nie sprawia nam problemów. Ja trochę rozmawiam w tym języku, sporo rozumiem. Poza tym nie ma co przesadzać, słów potrzebnych do nawigacji w trasie nie ma aż tak dużo, można się ich po prostu nauczyć. Najpierw rok po roku poprawiał Pan swój rezultat w najtrudniejszym rajdzie świata. W tym, z powodu pożaru samochodu, Dakar skończył się dla Pana już drugiego dnia. Jaki jest wasz cel na najbliższą edycję? Chcielibyśmy zająć miejsce w najlepszej dziesiątce.
Adam Małysz liczy na miejsce w pierwszej dziesiątce Rajdu Dakar |fot. Marcin Kin (2) Artykuł przygotowany przez redakcję we współpracy z Adam Małysz Sport Marketing
     

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gpcodziennie.pl

W tym numerze