Franciszka Smudy pocałunki śmierci

POWOŁANIA SELEKCJONERA PRZYNIOSŁY NIESZCZĘŚCIE BOENISCHOWI, PERQUISOWI I POLANSKIEMU

Numer 109 - 18.01.2012Sport

Żaden z „farbowanych lisów” Franciszka Smudy nie mógł zdawać sobie sprawy, że posłaniec niosący im powołanie do reprezentacji Polski zwiastuje także plagę nieszczęść. Nieudane operacje, depresja, ławka rezerwowych – to spotkało niepolskich wybrańców Smudy. Każdy z nich miał być liderem na swojej pozycji, a dziś każdemu z nich Euro 2012 zaczyna uciekać. Sebastian Boenisch dopiero wraca po szesnastomiesięcznej absencji, Eugen Polanski przeżywa kryzys i regularnie siedzi na ławce, z kolei Damiena Perquisa dopadła kontuzja. To przypadek czy może klątwa selekcjonera Franciszka Smudy?

Ostatni mecz z Orłem

Kreowany niegdyś na mesjasza polskiej defensywy Boenisch nie mógł się spodziewać, że klątwa Smudy dopadnie go jako pierwszego. Szkoda, bo gdy w sierpniu 2010 r. Boenisch ogłosił, że chce reprezentować Polskę, wydawało się, że w końcu znaleźliśmy lewego obrońcę na lata: młodego, z sukcesami, grającego regularnie w silnym klubie. W sezonie poprzedzającym powołanie w barwach Werderu Brema Boenisch rozegrał siedemnaście ligowych spotkań, a także dwa mecze w Pucharze Niemiec i dwa w Lidze Europejskiej. Niemieccy dziennikarze widzieli w nim jednego z przyszłych liderów zespołu trenera Thomasa Schaafa. – W Bremie wszyscy w niego wierzyli. Zapowiadał się na naprawdę świetnego obrońcę. Pamiętam, że w klubie były dla niego oferty z Anglii i Rosji, ale nikt nie chciał słyszeć o sprzedaniu Boenischa – wspomina Thomas Hiete z niemieckiego tygodnika „Kicker”.

Na początku kolejnego sezonu Bundesligi Boenisch zagrał cały mecz przeciwko Kolonii, a także dwukrotnie wystąpił w eliminacjach do Ligi Mistrzów, grając z Sampdorią Genua. Pod koniec sierpnia selekcjoner Franciszek Smuda wysłał do Bremy powołanie dla Boenischa na mecze towarzyskie z Australią i Ukrainą. Niestety dla piłkarza były to ostatnie minuty spędzone na boisku aż do 2012 r.

Kilkanaście dni po debiucie w biało-czerwonym trykocie zerwał więzadła krzyżowe kolana. Niezbędne były zabieg oraz kilkumiesięczna rehabilitacja. Kiedy pół roku później wydawało się, że wszystko jest już w porządku, lekarze z prestiżowej kliniki w Augsburgu orzekli jednak, że cały proces… będzie trzeba powtórzyć. – Sebastian przeżył wtedy załamanie psychiczne. Nagle wszystko runęło. Już miał wracać i nagle okazało się, że wszystko na nic i trzeba zaczynać od zera. Mało kto wytrzymałby taki cios – opowiada „Codziennej” Piotr Boenisch, ojciec piłkarza.

Dziś 24-latek trenuje z pierwszym zespołem Werderu Brema i według przewidywań w lutym powinien rozegrać swój pierwszy mecz. Pierwszy po szesnastu miesiącach separacji od piłki. Dziś niewielu wierzy, że dwukrotny reprezentant Polski zaprzyjaźni się z futbolówką na tyle, aby tak jak przed dwoma laty oczarować trenera Smudę.

Depresja w Moguncji

Niewiele lepiej ma się kolejny niemiecki wynalazek Franciszka Smudy, czyli Eugen Polanski, który w ciągu pół roku stoczył się na samo dno. Czy podniesie się i po raz kolejny wróci na szczyt – ciężko prorokować



zawartość zablokowana

Autor: Sebastian Staszewski


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się




reklama










#DziękujeMyZaOdwagę
reklama