Sława zabija blondynki

KIM BYŁA NAJWIĘKSZA GWIAZDA KINA?

Numer 128 - 09.02.2012Kultura

Ona: trzydziestoletnia, sławna, niezrozumiana i niezrozumiała. On, dżentelmen z Eton: 23 lata i najpiękniejszy uśmiech na świecie. „Mój tydzień z Marilyn” to zwykła historia młodzieńczej miłości. Tyle że jej obiekt był już legendą.

Jest lato 1956 r. Młody chłopak, Colin Clark (Eddie Redmayne), marzy o karierze w kinie – o dziwo, nie jako aktor. Akurat nadarza się okazja: do Wielkiej Brytanii przybywa Marilyn Monroe (Michelle Williams), żeby u boku sir Laurence’a Oliviera (Kenneth Branagh) nakręcić kolejny film. Clark zdobywa posadę jako trzeci asystent reżysera i zadurza się od pierwszego wejrzenia – jak prawie każdy mężczyzna – w pięknej i chaotycznej Marilyn Monroe. Historia młodzieńczej miłości – o dziwo spełnionej, choć skazanej na porażkę – stanowi tło, na którym można narysować po raz kolejny postać legendarnej aktorki.

Film nie mówi niczego nowego o artystycznych demonach. Simon Curtis niczego nie próbuje odkryć w tym filmie na siłę. Chce jedynie zrozumieć dziwną i tajemniczą postać, jaką jest Marilyn. A że prezentuje ją oczami młodego chłopca, spojrzenie to okazuje się świeże i niezmiernie przenikliwe. Młodziutki Clark widzi dramat aktorki: rozdźwięk między Marilyn-seksbombą a Marilyn-osobą. Seksbomba żyje dla kamery i dla fleszów. Musi ją otaczać rozwrzeszczany tłum, muszą ją oblepiać lepkie od pożądania spojrzenia mężczyzn, muszą ją pożerać zawistne spojrzenia innych kobiet. Marilyn-osoba jest uzależniona od seksbomby, a jednocześnie nieszczęśliwa. Sława, która ją odurza, powoli ją zabija



zawartość zablokowana

Autor: Ola Koehler


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się














#DziękujeMyZaOdwagę
reklama