fot. Filip Blazejowski/Gazeta Polska

Podziemna Armia Powraca

PAMIĘĆ \ Kolejny etap ekshumacji na Łączce

numer 1537 - 01.10.2016Publicystyka

Do dołów byli zrzucani potajemnie, pod osłoną nocy. Nago, czasem w więziennych butach i ze związanymi rękami. Następnie doły śmierci zasypano warstwą ziemi, aby zatrzeć wszelkie ślady. Mieli zniknąć na zawsze – zamordowani fizycznie, z oplutymi życiorysami, przemilczani. Cel był jasny: całkowicie wymazać ze świadomości, aby ci ludzie nigdy do nas nie wrócili. Komunistyczny mord miał na zawsze pozostać tajemnicą. Nie został, w tym sensie komuna przegrała. Dziś na Łączce trwa ostatni etap ekshumacji.

Na większości terenu – dzisiejszych kwaterach „Ł” i „ŁII” – postawiono groby, również oprawców. – Od 1982 r. trwała operacja tuszowania komunistycznej zbrodni – potwierdza mec. Piotr Andrzejewski. I tak morderca sądowy Roman Kryże spoczął nad swoją ofiarą – rtm. Witoldem Pileckim.

Dziś większości grobów z górnej warstwy pochówków już nie ma, zostały przesunięte w inne miejsca Powązek Wojskowych bądź trafiły na inne cmentarze. A my czekamy na szczątki bohaterskiego rotmistrza, gen. Emila Fieldorfa „Nila”, ppłk. Łukasza Cieplińskiego i ok. 100 innych żołnierzy niepodległości. Prócz tragicznego końca ich życia powinniśmy przypominać niezwykłe życiorysy tych obywateli najpiękniejszego polskiego pokolenia: pokolenia II Rzeczypospolitej, dla którego triada Bóg, Honor, Ojczyzna to nie były puste slogany, tylko wartości, za które walczyli i byli gotowi oddać życie. Przedstawmy niektóre sylwetki polskich żołnierzy, wyklętych przez komunę, a dla nas niezłomnych, do tej pory wydobytych i zidentyfikowanych na warszawskiej Łączce – tych słynnych, ale też mniej znanych.

Tata będzie miał swój grób…

Stanisław Abramowski „Bury” to członek AK, Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, Narodowych Sił Zbrojnych (po 1945 r. Narodowego Zjednoczenia Wojskowego). Po zakończeniu wojny z Niemcami wcielony do „ludowego” Wojska Polskiego – zdezerterował. Uczestniczył w wielu akcjach samoobrony przed komunistycznym aparatem represji. W marcu 1947 r. ujawnił się przed komisją amnestyjną. Wyrokiem krzywoprzysiężnego sądu skazany na karę śmierci i stracony na Mokotowie 30 lipca 1948 r. Miał 26 lat. Materiał genetyczny, który pozwolił zidentyfikować „Burego”, przekazali IPN-owi jego bracia Władysław i Henryk.

Bolesław Budelewski „Pług” służył w AK i NZW. Podobnie jak pozostali – żołnierz dwóch okupacji. Wyrokiem krzywoprzysiężnego sądu skazany na karę śmierci i stracony na Mokotowie 15 lipca 1948 r. Miał 38 lat.

Jego syn Edmund miał wtedy cztery lata. „Do dziś pamiętam moment, jak zabierali mi ojca. Potem mamę przez wiele lat wyzywano, że była żoną bandyty. Rodzina wiedziała, że tata został zabity, ale nie wiedziała, gdzie go pochowano. Baliśmy się, że tego nigdy nie uda się ustalić. Jestem szczęśliwy, że dzięki IPN tata będzie miał swój grób”.

Bo to jest „Zapory” piechota

Edmund Tudruj ps. Mundek w AK był od 1943 r., ukończył konspiracyjną Szkołę Podchorążych. W październiku 1944 r. zatrzymany i wywieziony w głąb ZSRS, wrócił stamtąd w marcu 1946 r. Próbował podjąć pracę i kontynuować naukę. Od maja 1946 r. ponownie w szeregach oddziału kpt. Stanisława Łukasika „Rysia”. Nie ujawnił się, w maju 1947 r. wyjechał na zachód Polski. Poszukiwany przez UB, często zmieniał miejsce zamieszkania. Zatrzymany 16 września 1947 r. wraz z innymi zaporczykami w wyniku prowokacji UB podczas próby przekroczenia granicy. Wyrokiem krzywoprzysiężnego sądu skazany na czterokrotną karę śmierci i stracony na Mokotowie 7 marca 1949 r. Miał 26 lat.

Nareszcie doczekaliśmy się dowódcy: „Zapory” Dekutowskiego. W czasie niemieckiej okupacji zrzucony do kraju jako cichociemny, przeprowadził 83 akcje bojowe i dywersyjne. Zasłynął jako obrońca mieszkańców Zamojszczyzny przed represjami. Po „wyzwoleniu” nie złożył broni. W odpowiedzi na czerwony terror jego oddział WiN-u dokonał wielu brawurowych akcji odwetowych na NKWD, UB, KBW i MO. Schwytanym komunistom na ogół wymierzał kary chłosty, a następnie puszczał ich wolno. Jeśli zabijał, to nie za samą przynależność do PPR czy bezpieki, ale za wyjątkowo szkodliwą działalność. Rozbijał także więzienia uwalniając aresztowanych.

Wyrokiem krzywoprzysiężnego sądu skazany na czterokrotną karę śmierci i stracony na Mokotowie 7 marca 1949 r. „Miał trzydzieści lat, pięć miesięcy i 11 dni. Wyglądał jak starzec. Siwe włosy, wybite zęby, połamane ręce, nos i żebra. Zerwane paznokcie. – My nigdy nie poddamy się! – krzyknął, przekazując przez współwięźniów swoje ostatnie posłanie” – czytamy w książce Ewy Kurek „Zaporczycy”.

– Byłam przekonana, że oprawcy tak go poćwiartowali, spopielili, posypali wapnem, żeby nigdy nie udało się go odnaleźć. Potem, w miarę ekshumacji na Łączce, nadzieja, że wróci do nas, była coraz większa. Aż wreszcie stało się – wspomina Krystyna Frąszczak, siostrzenica majora „Zapory”.

Zygmunt wiedział,

że czeka go tu śmierć

„To był dół pod asfaltową alejką. Major leżał najwyżej. Wrzucono go jako ostatniego twarzą do ziemi” – relacjonował wyniki badań swojego zespołu dr Krzysztof Szwagrzyk z IPN-u. – „Strzał na Rakowieckiej odbył się z wysokości, bo otwór wlotu kuli jest wysoko na czaszce”.

Zygmunt Szendzielarz pochodził z Wileńszczyzny. Przedwojenny oficer, po wrześniowej klęsce podjął nieudaną próbę przedostania się do formującej się polskiej armii na Zachodzie. Na Wileńszczyźnie został dowódcą pierwszego polskiego oddziału partyzanckiego, który przekształcił się w 5. Wileńską Brygadę AK, zadającą Niemcom, a potem Sowietom ogromne straty. W ulotce z marca 1946 r. pisał: „Nie jesteśmy żadną bandą, tak jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej ojczyzny. My jesteśmy z miast i wiosek polskich. [...] Dlatego też wypowiedzieliśmy walkę na śmierć lub życie tym, którzy za pieniądze, ordery lub stanowiska z rąk sowieckich mordują najlepszych Polaków domagających się wolności i sprawiedliwości”.

„Łupaszka” próbował rozpocząć normalne życie. Aresztowano go 30 czerwca 1948 r. w Osielcu pod Zakopanem i od razu przewieziono na ul. Rakowiecką w Warszawie, gdzie był torturowany przez dwa i pół roku. Podczas procesu przed krzywoprzysiężnym sądem (przewodniczył mu były AK-owiec, a potem morderca sądowy co najmniej 106 polskich niepodległościowców mjr Mieczysław Widaj, który zmarł w 2008 r. całkowicie bezkarny, pobierając 9 tys. zł emerytury) skazany na osiemnastokrotną karę śmierci. Wyrok wykonano 8 lutego 1951 r. na Mokotowie.

„To cud, że mnie wpuszczono na widzenie. Zygmunt wyglądał dobrze, ale był bardzo smutny. Wiedział, że czeka go tu śmierć. Tych wyroków miał przecież kilka” – mówiła Lidia Lwow-Eberle, sanitariuszka 5. Wileńskiej Brygady AK, odbierając akt identyfikacji zwłok ukochanego dowódcy. – Ja w to nie wierzyłam! Nigdy nie myślałam, że będzie można powiedzieć: „Tu leży »Łupaszka«”.

W domu o tym nie mówiono

Niedaleko „Łupaszki” leżał w dole jeden z jego przełożonych: Aleksander Tomaszewski ps. Al, przed wojną zawodowy żołnierz, porucznik AK. W wileńskiej AK zajmował się wywiadem, kontrwywiadem, łącznością z młodzieżą. Jego mieszkanie we Wrocławiu było lokalem kontaktowym i miejscem przechowywania części archiwaliów konspiracji wileńskiej



zawartość zablokowana

Autor: Tadeusz Płużański


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się














#DziękujeMyZaOdwagę
reklama