Wsparcie dla mediów Strefy Wolnego Słowa jest niezmiernie ważne! Razem ratujmy niezależne media! Wspieram TERAZ » x

Henryk Sienkiewicz jako felietonista „Gazety Polskiej”

Dodano: 29/11/2016 - numer 1585 - 29.11.2016
Henryk Sienkiewicz pierwsze kroki w „Gazecie Polskiej” stawiał jako kronikarz życia Warszawy i od razu ujął czytelników swoimi błyskotliwymi felietonami z cyklu „Bez tytułu”.
Mimo to początki jego kariery dziennikarskiej okazały się nie do pozazdroszczenia. Prawdziwą torturą było dla niego terminowanie u redaktora naczelnego Józefa Sikorskiego, który, gdy tylko zauważył, że Sienkiewicz zanadto puszcza wodze fantazji, wpadał w szał i dawał mu ostrą reprymendę: „»Mój panie! ja nie proszę pana o poezje! mnie trzeba faktów!…« »Panie – odpowiadałem – skądże ich wezmę, przecie to nie ode mnie zależy!« – »Mnie trzeba faktów! – grzmiał redaktor. – Ja się nie łapię na pięknobrzmiące frazesy!…« – Czułem się bardzo nieszczęśliwy” – wspominał po latach Litwos. Zgnębiony, zerwał nawet współpracę z dziennikiem, powracając do „Gazety” po roku, gdy jej redaktorem został Edward Leo. Ten poznał się od razu na młodym talencie i przyjął go z otwartymi rękoma. Sienkiewicz mógł wreszcie rozwinąć skrzydła jako autor czterdziestu znakomitych felietonów pt. „Chwila obecna” (1875 r.)
Bywał wszędzie, obserwował wszystko, pisał na każdy temat. Okazał się świetnym humorystą i znakomitym „malarzem stolicy”. I tak np., chcąc ukazać szczególne momenty z życia świętującej Warszawy, przenosi nas w czas Wielkanocy 1873 r. na plac Ujazdowski, gdzie po mszy napływają rozradowane tłumy warszawian, nie mogąc się już doczekać huśtawek, karuzeli, diabelskich młynów i słynnego słupa, na którym „najszczęśliwszy i najzręczniejszy zwycięzca znajduje ubranie, zegarek, kilka rubli, a na koniec butelkę wina”. Nie mniejszą popularnością cieszą się tu budy teatralne, w których roi się od błaznów mających odegrać główne role w rozśmieszaniu widzów: „Publika bije szalone brawa, śmieje się, skacze; starsi i młodsi porywają się za głowy na znak, że temu, co widzą, niepodobna uwierzyć; klną, płaczą ze śmiechu, ściskają się wzajemnie!”. Kto by jednak w tym wszystkim poszukiwał czegoś z ducha Warszawy, ten by się bardzo rozczarował, bo charakter tych zabaw, jak podkreśla Sienkiewicz, jest kosmopolityczny, „więcej hulaszczy niż typowy, więcej wesoły niż moralny”.

Gdy zaś Litwos wybierze się w noc św. Jana nad brzegi Wisły, zapragnie przenieść się w najodleglejsze czasy, by przeżywać jak dawni Słowianie urzekające święto Kupały. Puszcza więc wodze fantazji, roztaczając przed nami iście romantyczną wizję świętojańskiej nocy: „Na wzgórzach błyskały światła sobótek; echo niosło słowa: »Hej Kupała! hej, wielki Kupała!«. Dziwożona, kołysząc się nad przepaścią, śpiewała: »Pójdź tu do mnie, chłopcze młody!« Po stawach i jeziorach wabiły świtezianki; z trzcin dochodziły wycia topielców. Wszędzie tajemniczo, straszno! W takie to noce wychodziły przy świetle pochodni ubrane w bieli dziewice rzucać wianki na fale, a za wiankiem rozlegał się plusk wioseł i wyciągały ręce młodzieńcze. Czar chwytał wszystkie serca. Wszystko stawało się poezją”.
„Dziś z tej poetycznej aury – narzeka Litwos – prawie nic już nie zostało”. Na ulicach Warszawy spotkamy wprawdzie świtezianki i rusałki wystrojone według żurnalów i mamiące wdziękami kawalerów w Ogrodzie Saskim, ale ród męski stał się odporny na kobiece czary. Dziwożony zaś, jak nazywa warszawskie damy, jeżdżą latem do wód, a swoje dzieci zostawiają pod opieką bon francuskich. I jak przed wiekami wiodą mężczyzn na skraj przepaści za sprawą swych wygórowanych zachcianek: modnej garderoby, balów, koncertów, zagranicznych wojaży. Dziś dzień św. Jana to już tylko termin płatniczy” – skarży się Litwos. Zamiast wyławiać wianki z Wisły potencjalny kawaler musi zapłacić ratę w Towarzystwie Kredytowym, w ten dzień zaprasza go w swe progi Bank Handlowy, a gospodarz podnosi komorne.
Oczami Litwosa możemy też spojrzeć na ulice
XIX-wiecznej Warszawy, które uznał za najgorzej wybrukowane i oświetlone ze wszystkich w Europie. Irytował go wszechobecnie panujący brud, który, o zgrozo, oblepił nawet warszawską Syrenę. Sienkiewicz szedł o zakład, że „brudniejsza Syrena nie egzystowała nigdy na świecie”. Pisze ponadto, że powszechny widok stanowią w Warszawie niegrzeszące czystością omnibusy ciągnione przez konie–szkielety. Po zmroku zaś miasto ogarniają egipskie ciemności, bo Towarzystwo Gazowe troszczyło się znacznie lepiej o moralność warszawian niż o ich bezpieczeństwo, gdy kazało „latarnie gasić na ulicach jak najprędzej, aby dobrzy obywatele nie mogli włóczyć się po nocach, ale spali raczej w domach, na łóżkach swoich i pod kołdrami swymi”. 
Wśród nieprzeliczonych scen i obrazów z życia Warszawy i jej okolic odnajdziemy również w felietonach i te pełne dramatyzmu. Oto 24 lipca 1875 r. poraziła Sienkiewicza nagła wiadomość o szalejącym pożarze w Pułtusku. Udał się tam natychmiast, a to, co zobaczył, przeszło wszelkie jego wyobrażenie: „Zręby murów, stosy gruzu, sterczące sylwetki kominów rysowały się w dziwnie fantastycznych kształtach na tle mroku. Nigdzie ani śladu ulic. Wszędzie zwaliska i zwaliska”. Wtem krwawa łuna błysnęła w końcu miasta. Sienkiewicz podniósł głowę… To płonął szpital. W tym czasie gorzało miejscowe gimnazjum i dopalała się  biblioteka. Wiatr porywał płonące kartki i roznosił je jak ogniste ptaki. W ogniu stanął kościół benedyktyński – najpotężniejszy gmach w całym Pułtusku. Czy udało się uratować szpital i jego pacjentów? Jakie były dalsze losy płonącego miasta? O tym i wielu jeszcze innych wydarzeniach opisanych przez Litwosa dowiecie się Państwo z jutrzejszego numeru tygodnika „Gazeta Polska”.
Mecenas projektu: PKO Fundacja
     

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gpcodziennie.pl

W tym numerze