Nieudany rosyjski atak na Czarnogórę

WOJNA HYBRYDOWA \ Wnioski dla Polski

numer 1658 - 24.02.2017Publicystyka



Po ataku na Ukrainę zastanawiano się, gdzie następnie uderzą „zielone ludziki”. Typowano kraje bałtyckie, Białoruś, Kazachstan. Okazało się, że uderzyły na Bałkanach. Co najmniej jeden z tych „zielonych ludzików” wcześniej pracował w Polsce.

Przez kilka miesięcy do polskich mediów trafiały dość skąpe informacje na temat sytuacji w Czarnogórze podczas tamtejszych wyborów parlamentarnych. Zastanawiałem się już na łamach „Codziennej”, czy prawdą jest to, co podawały władze Czarnogóry, że Rosjanie próbowali za pomocą serbskich i proserbskich szowinistów doprowadzić do krwawego przewrotu w tym niewielkim, lecz strategicznie położonym kraju. Na Bałkanach bywało już przecież rozmaicie, lokalni liderzy nieraz sięgali po różne prowokacje, by wzmocnić swoją władzę. W ostatnich dniach okazało się jednak, że rosyjska intryga jest prawdą.

Potwierdził to brytyjski „Daily Telegraph”, powołując się na źródła w rządzie w Londynie. Brytyjczycy poszli nawet dalej – twierdzą, że decyzja ataku na Czarnogórę została podjęta na wysokim szczeblu w Moskwie. W dniu październikowych wyborów parlamentarnych premier Czarnogóry miał zostać zabity lub uprowadzony, a puczyści mieli opanować najważniejsze urzędy w Czarnogórze. Co dalej? Albo przejęcie władzy przez ludzi Rosji, albo kolejna bałkańska wojna domowa. Zarówno w jednym, jak i drugim wypadku oznaczałoby to zniweczenie wejścia Czarnogóry do NATO, co dawałoby Rosji możliwość kolejnych korzystnych dla niej manewrów.

Dlaczego właśnie Czarnogóra

Zabicie lub uprowadzenie premiera Milo Djukanovicia miało być wstrząsem, wydarzeniem symbolicznym. Także informacją dla liderów i watażków w krajach bałkańskich, że „nikt nie jest bezpieczny”. Przede wszystkim miało wprowadzić chaos. Aby to zrozumieć, trzeba przypomnieć, kim jest Milo Djukanović. To twórca niepodległej Czarnogóry. Był już i prezydentem, i premierem kraju albo, jak jest obecnie, kierował z tylnego siedzenia. Wywodzi się – jak prawie wszyscy członkowie elit krajów byłej Jugosławii – z ostatniego pokolenia aparatczyków partii komunistycznej. Jest to gracz niezatapialny.

Gdy rozpadała się Jugosławia, Czarnogóra nie odłączyła się od Serbii, tworząc z nią wspólne państwo federacyjne. Jednak po kilku latach, gdy do władzy doszedł Djukanović, Czarnogóra zaczęła dystansować się wobec serbskiego dyktatora Slobodana Miloszevicia i dostała w tym wsparcie Zachodu. Djukanović jednostronnie wprowadził nawet w swoim kraju jako walutę niemiecką markę, potem dopiero zastąpioną przez euro. Gdy Serbia przyjęła ustrój demokratyczny, w dalszym ciągu nie rezygnował z dążeń niepodległościowych. W maju 2006 r. doszło do referendum. Czarnogórcy opowiedzieli się w nim za niepodległością, choć formalnie ich kraj stał się niepodległy w 2007 r.

Djukanović nie jest mężem stanu, ale jest bardzo zręcznym politykiem i potrafi zapewnić swojemu krajowi stabilizację. Jego przeciwnicy oskarżają go o dyktatorskie zapędy i korupcję. Tajemnicą poliszynela jest, że w kraju funkcjonuje poważnie rozbudowana szara strefa, a przestępczość zorganizowana czerpie dochody z przemytu albo prania brudnych pieniędzy. Czarnogóra znajduje się na przecięciu wielu szlaków i stref wpływów, również tych ze świata przestępczego. Największe zyski czerpie jednak z turystyki.

Djukanović (i jego Demokratyczna Partia Socjalistów – DPS) latami lawirował między Zachodem a Rosją. Był wygodny dla wszystkich uczestników sceny politycznej tego regionu, nie wchodził też w drogę rodzimym politykom, więc władze w kraju pozostawały stabilne. Około 2010 r. bardzo szeroko otworzył kraj na

rosyjskie inwestycje i rosyjskich turystów oraz rezydentów. Czarnogóra powoli stawała się coraz bliższa Rosji. Rosjanie kupowali czarnogórskie nieruchomości i czuli się w tym kraju jak u siebie. Sielanka skończyła się po rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Sankcje nałożone przez Zachód ostatecznie przekonały władze Czarnogóry, że znaczące profity ze współpracy gospodarczej z Rosją nigdy nie nadejdą. Wymiana handlowa między Rosją a Czarnogórą była znikoma nawet przed wprowadzeniem sankcji przez UE, do których przystąpiła też Czarnogóra. W tej sytuacji Djukanović wznowił kurs na NATO (być może także dlatego, że obawiał się Rosji). Zachód przyjął te dążenia z radością – potrzebował jakiegoś sukcesu na Bałkanach. Tym bardziej że w pogrążonej w zastoju Serbii do władzy doszły siły nacjonalistyczne i raczej prorosyjskie (choć trzeba obiektywnie dodać, że również opowiadające się za wejściem tego kraju do UE). Protokół akcesyjny do Sojuszu Północnoatlantyckiego Czarnogóra podpisała wiosną ubiegłego roku, obecnie trwa proces ratyfikacji dokumentu przez parlamenty krajów NATO.

Czarnogóra to kraj specyficzny, zamieszkany zaledwie przez 600-tys. społeczność. Więcej Czarnogórców żyje w Serbii niż w swojej ojczyźnie. Do tego około jednej trzeciej mieszkańców Czarnogóry nie uważa się za naród odrębny od Serbów. Taka też mniej więcej grupa jest przeciwna wejściu tego małego kraju do NATO. Siły proserbskie w Czarnogórze mają różny charakter, są wśród nich także te skrajnie nacjonalistyczne i jednocześnie prorosyjskie. Bardziej nawet nacjonalistyczne i prorosyjskie niż władze Serbii.

Wynik wyborów parlamentarnych w październiku 2016 r. był podobnie oczywisty, jak referendum nad wejściem do NATO. Wiadomo było, że zwycięstwo rządzącej DPS (bardzo prawdopodobne, ponieważ opozycja jest rozdrobniona i podzielona) da legitymację do dalszego zbliżania do Zachodu. Wybory odbywały się w cieniu nieustających pogróżek Kremla wobec Czarnogóry. Pojawiały się też doniesienia, że rosyjska ambasada finansuje agitację antyrządową i antynatowską. Na ulicach odbywały się protesty przeciwników NATO.

Oficjalnie nikt nie brał rosyjskich pogróżek dosłownie, wszak ten mający imperialne ambicje kraj ciągle komuś grozi. A jednak. Na początku listopada czarnogórska prokuratura ujawniła, że w nocy z 15 na 16 października policja i służby zatrzymały ok. 20 osób. Prokurator ds. przestępczości zorganizowanej Milivoje Katnić oznajmił, że zatrzymani mieli przy sobie kilkadziesiąt sztuk broni palnej. Podgorica o ten incydent nie oskarżyła oficjalnie państwa rosyjskiego. Podano natomiast nazwiska zatrzymanych na terenie Serbii obywateli – byli to organizatorzy spisku, Rosjanie Eduard Szyrokow i Władimir Popow. Według Czarnogórców to oni zorganizowali grupę w celu przeprowadzenia aktów terroru i zabójstw przedstawicieli władz Czarnogóry, a w werbunku uczestników puczu oraz zakupie broni i wyposażenia pomagał serbski nacjonalista Aleksandar Sindjelić. Rosjanie mieli przekazać mu na ten cel 200 tys. euro. Planowanie całej akcji miało się odbywać m.in. w Moskwie



zawartość zablokowana

Autor: Marcin Herman


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się














#DziękujeMyZaOdwagę
reklama