fot. autor

Umrzeć we Lwowie

REPORTAŻ \ Trudna sytuacja Polaków na Ukrainie

numer 1670 - 10.03.2017Publicystyka

Usiądziemy w kuchni, bo niestety nie miałam siły posprzątać w pokoju – tłumaczy się filigranowa staruszka w kwiecistej koszuli nocnej. Na cienkiej szyi ma zawieszony medalik z Matką Boską Ostrobramską. Z trudem zamyka ciężkie drzwi do mieszkania. Krótkie siwe włosy otaczają delikatną twarz przypominającą buzię małej dziewczynki.

Proszę na mnie nie patrzeć, ja już sama na siebie patrzeć nie mogę. Wyrzuciłam wszystkie lusterka. Już zapomniałam, jak to jest, gdy obok jest drugi człowiek… I to jeszcze z Polski! Gdy ktoś mnie wcześniej pytał, skąd jestem, mówiłam: „Urodziłam się w Polsce w 1935 r.” – wspomina, mając na myśli Lwów. Choć jest zgięta wpół osteoporozą, w jej ruchach pozostały ślady dawnego wdzięku.

– Pracowałam w hurtowni jako chemik, a tam były przeciągi. Wiało mi na kręgosłup – tłumaczy. Nawet teraz siedzi skulona, jakby wciąż było jej zimno. Rozglądam się po ubogim wnętrzu. To kuchnia i łazienka w jednym. Ubikacja i kurek z zimną wodą służący za prysznic są tuż obok stołu, na którym przygotowuje jedzenie. Pachnie wilgocią. Jest zawstydzona tym, że ktoś ogląda jej biedę.

– W tym mieszkaniu wszystko cieknie… Moje tysiąc hrywien emerytury ledwo wystarcza na jedzenie i leki. O remoncie nie ma mowy. Tysiąc hrywien to ok. 150 zł.

Na ścianach z odrapaną tapetą jest pełno obrazków Jana Pawła II. – Nasz kochany papież – wzdycha czule. – Mój mąż umarł akurat w roku, gdy papież odwiedził Ukrainę. Cieszę się, że tego dożył. To tak, jakby ojczyzna do nas przyjechała.

Rodzinie Janiny bardzo zależało na powrocie do kraju. – Byliśmy już zarejestrowani do wyjazdu, ale mój tatuś chorował na gruźlicę i nagle mu się pogorszyło. Do tego w 1941 r. urodził się młodszy brat. Mama nie dałaby rady nas sama wszystkich zabrać. Zresztą byliśmy tak biedni, że nawet chleba nie mogliśmy kupić. A potem przyszli Moskale – przez całą rozmowę nie mówi o Rosjanach inaczej. – I już ciągle dostawaliśmy odmowy wyjazdu.

– Pamiętam całą wojnę. Prawie nie wychodziliśmy z piwnicy – zawiesza głos. – Raz bomba upadła na podwórzu. Nagle zrobiło się jasno jak w dzień. Rzuciło nas na ziemię. A potem wyszliśmy na dwór i znaleźliśmy sąsiadów, którzy weszli w bramę, żeby zobaczyć, co się dzieje. Oni wszyscy leżeli jeden na drugim. Ich mózgi zostały na suficie. Tam były dzieci… Pamiętam, wszystko pamiętam – zaczyna się trząść. Przez chwilę siedzi skulona, patrzy na swoje drobne dłonie w milczeniu.

Zwracam uwagę, że mówi po polsku idealnie, bez typowego wschodniego zaśpiewu. Ożywia się. – Ja czekam niecierpliwie na soboty, bo wtedy w radiu Lwów jest fala Polskiego Radia. I słyszę swój kochany język. Choć raz na tydzień.

Chce mi pokazać. Uruchamia stary sowiecki odbiornik. Radio trzeszczy, da się wyłapać tylko poszczególne słowa. – Taki jest mój jedyny kontakt ze światem… Czasem się zastanawiam – może w Polsce myślą, że nie ma już Polaków we Lwowie? A ja tu jeszcze sobie żyję… A Polska to mi się czasem śni – na twarzy Janiny pojawia się uśmiech. – Tylko że już jej nie zobaczę. Dla mnie wyzwaniem jest wejście na schody. Raz w miesiącu wybieram się w wielką drogę do naszego kościoła. Jakoś jeszcze daję radę, ale do lekarza już dla mnie za daleko… Po zmroku nie wychodzę w ogóle. Raz upadłam na ulicy i nie mogłam wstać. Przed każdym wyjściem z domu się modlę, żeby mnie ktoś podniósł, jeśli upadnę.

 

*

Pani Lusia przyniosła na spotkanie kilkadziesiąt zdjęć. – O, to jest mamusia. Całą wojnę była dzielna. Nawet siedziała na gestapo – opowiada, przeglądając kolejne fotografie. – Tu kuzynka – pokazuje zdjęcie pięknej kobiety w futrze. – Otruła się, jak weszła Armia Czerwona. O, tu zdjęcie rodzinne –wyblakła fotografia młodych mężczyzn. Pięciu braci mamy, wojna wszystkich zabrała. Ukochany brat mamy w 1920 r. został aresztowany przez Ruskich. Wysłali go do niewoli do Rostowa. Kamienicę w Łańcucie zabrali. O, tu jej zdjęcie – pożółkła fotografia przedwojennej willi. – Tu się urodziłam, w Polsce, w rodzinie patriotów. Nikt nie może mieć wątpliwości, prawda? – upewnia się.

– A teraz ja coś pokażę – oznajmia Lusia, wyjmując z torebki Kartę Polaka. – Ona ma DATĘ WAŻNOŚCI. Proszę koniecznie napisać w Polsce, że całe życie byłam i jestem Polką! Ta data ważności mnie obraża – emocjonuje się. – Ważna pięć lat! To co potem? Nie jestem Polką? Wiza mi potrzebna, żeby wjeżdżać do swojego kraju? Czyście powariowali? Całe życie nie wypuszczali mnie ze Związku Sowieckiego, bo wiedzieli, że jestem Polką! A teraz co? Wcześniej sąsiedzi żartowali – o, pani Polka – a teraz się cieszą, że żyję w takiej samej biedzie jak oni. A jak przychodzę pożyczyć na leki, pytają – a gdzie jest ta twoja Polska? Ano u mnie w sercu. A że ona serca do mnie nie ma, to zrozumiałe – jaki Polsce pożytek ze ślepej staruszki?

Pani Lusia stopniowo traci wzrok. Pokazuje krople do oczu, których stale używa. – Te krople są bardzo drogie, a potrzebuję aż jednego opakowania na tydzień… – Jedne krople kosztują 50 hrywien (ok. 8 zł). Przy 1100 hrywnach emerytury to znaczny wydatek. Na Ukrainie nie ma żadnych leków refundowanych.

 

*

Artur Niemczyk jest koordynatorem projektu Stowarzyszenia Pokolenie, dzięki któremu starsi Polacy otrzymują pomoc. – Śpieszmy się pomagać tym ludziom. Leki, które muszą przyjmować, często przekraczają wielkość ich emerytur. W 2016 r. otrzymaliśmy niewielki grant i mogliśmy częściowo zapewnić im lekarstwa. To, powiem wprost, choć trochę przedłużyło im życie. Dotychczas program grantów obejmował tylko rozwój kulturalny – wyjaśnia. – W programie Senatu RP „Wsparcie Polonii i Polaków za granicą” na 2016 r. w końcu zauważono problem, ale chyba nie jego skalę. Może w tym roku będzie lepiej. Projekt pomocy medycznej Stowarzyszenia Pokolenie dostał 100 tys. zł, podczas gdy projekty rozwoju struktur polonijnych, kultura, a nawet sport dostały razem kilkanaście milionów. To nie jest skierowane do starej Polonii, tylko Ukraińców z Kartą Polaka pragnących wrócić do korzeni. Często też po to, aby po prostu wyjechać potem do pracy. Polaków ze Lwowa nie trzeba uczyć polskiego



zawartość zablokowana

Autor: Monika Andruszewska


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się














#DziękujeMyZaOdwagę
reklama