Bezradność Unii pierwszej prędkości

​UE–Turcja \ Kolejne starcie

numer 1674 - 15.03.2017Publicystyka

Turcja rozkręca nastroje w Holandii i prowokuje zamieszki. To tylko kolejna odsłona konfliktu między UE a prezydentem Erdoğanem. Konfliktu, w którym Unia znowu jest stroną słabszą. Co gorsza, na swoją drugorzędną pozycję sumiennie pracowała. Zamieszki w Holandii pokazują nam wyraźnie najgroźniejsze patologie wspólnoty.

Najpierw krótkie podsumowanie całej tej „draki”. W Turcji trwają przygotowania do referendum, które zadecyduje o tym, czy nastąpi w tym państwie zmiana systemu politycznego z parlamentarnego na prezydencki. Tajemnicą poliszynela jest to, że zmiana ta zwiększy i tak już gigantyczne uprawnienia i władzę Erdoğana oraz jego ludzi.

Turcja przyklepuje dyktaturę

Referendum w Turcji będzie ostatecznym potwierdzeniem faktu, że kraj ten nie ma już nic wspólnego z demokracją. Że zamienił się w oligarchiczną autokrację, gdzie całość władzy – także wojskowa i sądownicza – skupiona będzie w rękach jednego środowiska. Wolnych mediów już w Turcji nie ma, jej siły wewnętrzne są gotowe, dla dobra interesów Erdoğana, prowadzić ludobójczą politykę wobec własnych obywateli (mordy na kurdyjskich cywilach rok temu). Można w tym kontekście napisać, że to referendum to taki… ostatni kwiatek do kożucha dyktatury. Ponieważ Turcja to kraj dość paradoksalny. Mimo faktu, że jest ona w stanie masowo mordować swoich obywateli, niszczyć media i aresztować tysiącami przeciwników Erdoğana, ludziom u władzy nadal bardzo zależy na społecznym poparciu i nie dochodzi np. do fałszerstw wyborczych na większą skalę. Można uznać, że Turcja to dziwny kraj, gdzie dyktaturze zależy na tym, by została wprowadzona demokratycznymi metodami, przy poparciu wyborców. Dlatego też tak ważne jest dla niej odpowiednie polepszenie nastrojów wśród gigantycznej diaspory tureckiej w Europie. W samej Holandii jest też wśród Turków dość silna frakcja gulenowska (główne ofiary ostatnich represji w Turcji, przeciwnicy obecnej AKP, partii Erdoğana). Masowe wiece poparcia za pieniądze Stambułu, odpowiednio płomienne przemowy – mogłyby nie tylko przyciągnąć część elektoratu gulenowskiego, lecz także sterroryzować tych, którzy są wciąż gotowi walczyć z Erdoğanem. Dlatego Turcja uznała, że wyśle do Holandii, gdzie żyje 250 tys. Turków, wysokich rangą polityków rządzącej AKP.

Gra Ruttego

Holandia nie zgodziła się na taki rozwój sytuacji. Najpierw nie udzielono zgody na lądowanie w Rotterdamie samolotu z szefem tureckiego MSZ-etu Mevlutem Çavuşoğlu. Następnego dnia burmistrz Rotterdamu Ahmed Aboutaleb oświadczył, że turecka minister ds. rodziny i polityki społecznej Fatma Betul Sayan, która w tym czasie dotarła już do Holandii, została odesłana do granicy niemieckiej pod eskortą policji. Jak tłumaczył burmistrz, „została uznana za niepożądaną cudzoziemkę, a zgodnie z prawem takie osoby wydala się do kraju, z którego przyjechały”. Reakcja Turcji jest już znana. Nie tylko nazwała Holandię krajem nazistów, faszystów i islamofobów oraz wydaliła ambasadora Holandii, nie tylko groziła najstraszniejszymi konsekwencjami, lecz także zdołała wywołać zamieszki między żyjącymi w Holandii Turkami a tamtejszymi siłami porządkowymi.

Żeby zrozumieć całość sytuacji, warto zastanowić się nad tym, dlaczego reakcja Holandii była tak ostra. Wiele wskazuje na to, że rządzący krajem Mark Rutte z tzw. centroprawicy został przyparty do muru



zawartość zablokowana

Autor: Dawid Wildstein


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się




















-->