Armenia – zapach wojny na Kaukazie?

​REPORTAŻ \ Wstrząsy tektoniczne i wojenne

numer 1684 - 27.03.2017Publicystyka

Gagik Carukian, największy oligarcha ormiański, do którego należy niemalże jedna z dzielnic stolicy – Erywania, którego aktywa wyceniane są na 300 mln dol., mówi mi, że „rewolucji nie zrobi”. Ale mówi mi to nie jako najbardziej zamożny Ormianin mieszkający w ojczyźnie, ale jako lider opozycyjnej, przynajmniej w teorii, partii Prosperous Armenia.

Gdy on sam i jego partia za bardzo urośli i stanęli na czele protestów i demonstracji przed dwoma laty, nagle pojawiły się naloty rosyjskiego specnazu na jego firmy, a on sam miał dostać propozycję: „wycofuj się z polityki albo siedzisz”. Carukian nie chciał siedzieć, zrezygnował z partii, skupił się na robieniu pieniędzy i kierowaniu Komitetem Olimpijskim Armenii. Teraz wrócił i dziś jego partia prowadzi w niektórych sondażach, w innych jest na drugim miejscu tuż za Republikanami, czyli tutejszą „partią władzy” związaną z prezydentem Serżem Sarkisjanem.

Oligarcha premierem

W tym najstarszym chrześcijańskim państwie świata – w 313 r. oficjalnie przyjęto tam chrześcijaństwo jako religię państwową – akurat zmieniono system polityczny: jeszcze do przyszłego roku główną władzę sprawować będzie prezydent, ale potem realne centrum decyzyjne przejdzie w ręce premiera. Cóż, można powiedzieć, model polski... Carukian po wyborach parlamentarnych, których wyniki znać będziemy w najbliższy poniedziałek, może będzie premierem, a może – co bardziej prawdopodobne – szefem parlamentu. Ale może też być tak, że w 2018 r. obecny prezydent Sarkisjan z rządzącego już pięć lat Armenią „klanu Górskiego Karabachu” zostanie szefem rządu, czyli faktycznym „numerem jeden”, a Carukian prezydentem państwa. Teraz Gagik tłumaczy mi, że wyborców przekonuje do siebie hasłem, które brzmi w uszach swojsko. Apeluje do nich: „Dajcie szansę!”. Znamy to, znamy. U nas to było skuteczne. Potentat biznesowy Carukian mówi rodakom, że może zmienić Armenię, jeśli tylko będzie taka ich wola, ale to zależy od nich samych i ich wyborczych głosów.

Pytam go, czy będzie regularna wojna między Armenią a Azerbejdżanem, bo na razie trwa pozycyjny ostrzał i w każdym niemal tygodniu ginie po paru żołnierzy ormiańskich i trochę więcej azerskich. Tych z Azerbejdżanu jest więcej – zdaniem Erywania – bo to muzułmańscy sąsiedzi chrześcijańskiej Armenii atakują, a wtedy zawsze straty są większe. Polityk-oligarcha nie jest w tej kwestii „jastrzębiem”. Mówi mi, że jego przekaz do rodaków w tej materii jest równie prosty, co w pozostałych: „zróbmy referendum, czego chcemy”. W niedzielę jadę kolejny już raz nad zamkniętą granicę armeńsko-turecką. Żeby dostać się stąd do Konstantynopola (Istambułu), to zamiast pojechać paręset kilometrów w linii prostej, trzeba dojechać do Gruzji i przejechać to drugie po Armenii najstarsze chrześcijańskie państwo świata – i tam dopiero przekroczyć granicę z Turcją. To tysiąc kilkaset kilometrów, czyli ze trzy razy dłużej.

Trudne sąsiedztwo

Relacje Erywania z Ankarą są tak naprawdę pochodną stosunków między Armenią a Azerbejdżanem. Kilka lat temu, mimo tragedii ludobójstwa Ormian w 1915 r., wydawało się, że dzięki „formacji futbolowej” dojdzie do ocieplenia relacji ormiańsko-tureckich, a mecz reprezentacji obu krajów będzie jedynie impulsem do poprawy relacji politycznych i ekonomicznych. Gdy wydawało się, że zostanie on spełniony, włączyć się miał Azerbejdżan, który wywarł tak wielką presję na Turkach, że ci wycofali się z tej „odwilży na Kaukazie”. Walki zbrojne między państwami Ormian i Azerów trwały tuż po upadku Związku Sowieckiego – rozpoczęły się w 1991 r. i zakończyły po trzech latach. Ustały po dojściu ponownie do władzy w Baku klanu Alijewów. Pragmatyczny Heydar (Gajdar) Alijew senior zawarł z Armenią swoisty „układ pokojowy”, do którego sfinalizowania doszło w stolicy Kirgistanu – Biszkeku (dawniej: Frunze).

Do dziś światowa opinia publiczna, ale też i kartografowie-autorzy map nie uznali aneksji Górskiego Karabachu (ros. Nagornyj Karabach) przez Armenię. W atlasach nadal jest to część Azerbejdżanu – a przecież, jak mówi mi młody ormiański polityk: „w rzeczywistości jest inaczej”



zawartość zablokowana

Autor: Ryszard Czarnecki


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się














#DziękujeMyZaOdwagę
reklama