Szukając ciszy w muzyce

numer 1810 - 26.08.2017Wywiad

WYWIAD Z ADAMEM BAŁDYCHEM rozmawia PIOTR IWICKI



Jest jednym z najwybitniejszych skrzypków jazzowych naszych czasów, z wielkim sukcesem kontynuuje nie tylko polską, ale także europejską tradycję tego instrumentu w muzyce improwizowanej. Adam Bałdych wydał swój najnowszy album zatytułowany „Brothers”. Płyta ma właśnie premierę na całym świecie.

N

asz jazzman jest przykładem jednej z najbardziej spektakularnych karier ostatnich lat. Buduje ją konsekwentnie, stroniąc od taniego poklasku, czyniąc każdy kolejny krążek bardziej dojrzałym, soczystszym w emocje i dźwięki. Nie kryje, że wśród licznych inspiracji istotna jest dla niego wiara w Boga. Mówi wręcz: „Moja wiara emanuje w mojej muzyce. Często czuję, że muzyka jest też moją modlitwą. Czuję obecność Boga w moim życiu i dlatego staram się, aby moja twórczość niosła ze sobą dobre przesłanie” – zdradził tygodnikowi „Niedziela”. Nam mówi nie tylko o płycie, ale również o planach i tym wszystkim, co kreuje go jako artystę.

Na wstępie pozwolę sobie na gratulacje. Obawiam się, że u schyłku lata poznaliśmy najlepszą polską płytę jazzową roku 2017. Tylko czy aby na pewno polską? Nagrywasz z Norwegami. Stworzyliście znakomity team. Jak wygląda strona tzw. muzycznej demokracji w kwartecie, czy raczej, jak w wypadku tej płyty, kwintecie, bo dołączył saksofonista Tore Brunborg?

Bardzo się cieszę ze współpracy z Helge [Lien Trio] i chłopakami z Norwegii. Łączy nas prawdziwa przyjaźń, która emanuje w muzyce. Kultura norweska z zasady mocno nastawiona jest na dialog. Dlatego też nie mieliśmy kłopotów z odnalezieniem wspólnego mianownika dla naszych osobowości. Staramy się uzupełniać i wzajemnie inspirować, używać różnic w naszym postrzeganiu muzyki jako atutu, narzędzia do poszerzania horyzontów. Jednocześnie wspólnie dyskutujemy nad kierunkiem w muzyce, w którym chcielibyśmy podążać. Jako kompozytor mam dość mocno określony kierunek swojej muzyki, ale jej interpretacja, co w jazzie jest niezwykle kreatywnym procesem, zmienia moją muzykę w zależności od artystów, z którymi ją tworzę. Bardzo mi na tym zależy, aby odkrywać wciąż na nowo swoje dźwięki w nowym kontekście.

Płyta ma płynące z tytułu przesłanie. Jego źródło to zdecydowanie przedwczesne odejście Twojego brata. Refleksja? Hołd? Gest pamięci?

Płyta jest dedykowana mojemu bratu. Z Grzegorzem łączyła nas prawdziwa miłość, której efektem była też muzyka. Po jego stracie poczułem, że muszę dać wyraz temu, przez co przechodzę, aby zachować coś niezwykle ulotnego i intymnego, co jest dla mnie bardzo ważne. Wiem dobrze, że muzyka zapisuje zmiany, jakie we mnie zachodzą, lepiej niż fotografie czy słowa. Zapisała też stan ducha tego trudnego czasu oraz tego, co łączyło nas przez te wszystkie lata. Chciałem zachować go dla siebie i innych w tej muzyce oraz zadedykować mu swój album. Ale „braterstwo” można jednak chyba rozumieć też uniwersalnie. Po jednym z koncertów w sierpniu, kiedy spotkałem się z Helge Lien Trio, z którym koncertuję, długo rozmawialiśmy o tym, co się stało. Zrozumiałem, że Helge, Frode i Per Oddvar stali się dla mnie braćmi. Tego dnia zagraliśmy piękny koncert. Czuć było pełne zespolenie każdego z nas, które emanowało na muzykę. Jedność i zaufanie reflektowało na każdy dźwięk i był to moment bardzo wymowny. Zrozumiałem, że to właśnie z nimi muszę nagrać ten album. Im dłużej zastanawiałem się nad znaczeniem słowa „braterstwo”, tym bardziej rozumiałem, że chciałbym tym albumem przekazać też przesłanie dla świata targanego przez konflikty. Wierzę, że dzisiejszy człowiek bardziej niż kiedykolwiek potrzebuje na nowo stać się dla drugiego bratem czy siostrą. Tylko w ten sposób społeczeństwo wróci na drogę równowagi i empatii, która zmieni czasy na lepsze.

Już dawno nie słuchałem jednej nowej płyty tak często. Prawie znam ją na pamięć. Ma w sobie to „coś”, co uwielbiam w konglomeracie polskiego i skandynawskiego jazzu – romantyczność i nostalgię.

Myślę, że moje kompozycje mają w sobie dużo nostalgii. Staram się, aby melodie, które piszę, pozostały na dłużej w wyobraźni słuchacza. Wierzę, że można zbalansować muzykę w taki sposób, żeby była do odczytania na wielu poziomach. Stąd liryczne melodie często zestawiam z eksperymentami, nadając im współczesne brzmienie, a to, co można odczytywać z muzyki na dłużej, to jej detale, które widać, dopiero gdy przyrzymy się z bliska.

Zdumiewa mnie też całkowity brak niechęci do ciszy, grania piano. Introdukcja, czyli „Prelude”, to niespełna półtorej minuty, za które niejeden kompozytor podpisałby pakt z diabłem. A Ty chyba zagrałeś to ot tak, na żywca. Jak mówią młodzi: szacun.

Cisza jest tak niesamowicie wymowna. Poszukuję jej w swoim życiu i staram się używać jej jako środka wyrazu, szczególnie w tak hałaśliwym świecie, który nas otacza. Album zaczyna się ciszą i w ciszę przechodzi. Melodia z utworu „Prelude”, która pojawia się we właściwym ujęciu chwilę później w bardzo emocjonalnym utworze „Elegy”, powraca na końcu albumu w „Codzie”, zamykając album formalną klamrą. Po ostatnich dźwiękach przechodzi w bardzo wymowną ciszę, która trwa i skłania do refleksji.

Ale przyznam się, że to również jak u Alfreda Hitchcocka zdumiewająco stonowane trzęsienie ziemi już na początku. Nie sposób tym nutom odebrać atomowej afektacji, a za chwilę emocje wyłącznie rosną… Genialny scenariusz na muzyczny horror



zawartość zablokowana

Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się




reklama










#DziękujeMyZaOdwagę
reklama