W kuluarach Parlamentu Europejskiego

numer 1829 - 18.09.2017Publicystyka

POLSKA–UE Wracamy do Strasburga





Pierwsze posiedzenie Parlamentu Europejskiego po miesięcznych wakacjach. Strasburg. Startujemy jak zwykle o godz. 17. To dogmat niczym brytyjska five o’clock tea, czyli popołudniowa herbatka o piątej. 

Zawsze wtedy obrady prowadzi przewodniczący europarlamentu. Od ośmiu miesięcy jest nim Antonio Tajani. Właśnie w tym momencie oficjalnie zatwierdzamy porządek obrad wstępnie przygotowany przez czwartkową konferencję przewodniczących. Odbywa się ona zawsze cztery dni przed posiedzeniem plenarnym. Ale żeby nie było, że szefowie frakcji się dogadują, a posłowie muszą to przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza, jest furtka do zmiany porządku obrad – właśnie w poniedziałek po godz. 17. Niestety, smutnym obyczajem stało się, że przewodniczący europarlamentu ogłasza minutę ciszy po kolejnych zamachach terrorystycznych lub klęskach żywiołowych. Także teraz Tajani długo wymieniał miejsca, w których doszło do zamachów, będących dziełem islamskich terrorystów. Ale, sorry, taką mamy poprawność polityczną – ani słowa o islamie. 

Kurdyjski test bezpieczeństwa europarlamentu

O godz. 18.30 zaczyna się posiedzenie prezydium PE. Trwa 1,5–2,5 godz. Charakterystyczne, że za każdym razem rozmawiamy o bezpieczeństwie. Dziś dużo trudniej jest niż jeszcze niespełna trzy lata temu przeprowadzić atak terrorystyczny na budynki PE. Pierwszym momentem, gdy zauważono, że jest to wbrew pozorom dość łatwe, był atak setki Kurdów 7 października 2014 r. Kurdowie protestowali, że sprawę ich narodu – jednego z dwóch największych narodów pozbawionych własnego państwa – Europa, UE i członkowie Unii lekceważą. Stąd jednego dnia „zdobyli” budynki parlamentów Królestwa Niderlandów w Hadze i europarlamentu w Brukseli. Poza ciężkim pobiciem szefa ochrony (po szpitalu i rekonwalescencji nie wrócił już do pracy w PE) i poszturchaniu kilku ochroniarzy nie stało się nic więcej, bo Kurdowie nie chcieli zdetonować żadnej bomby ani nikogo zabić, tylko zwrócić uwagę na swój problem uśmiercany milczeniem przez Zachód. Z perspektywy czasu, który upłynął od tamtej akcji, można tylko się cieszyć, że był to ostatni moment na zwrócenie uwagi władzom europarlamentu, że wejście do tego budynku dla osób z zewnątrz jest bardzo proste. Na szczęście sprawdzili to Kurdowie, a nie terroryści spod znaku Państwa Islamskiego. Skądinąd moja polemika z Martinem Schulzem na jednym z posiedzeń prezydiów dotyczyła właśnie kwestii bezpieczeństwa. Niemiec uważał, że budynek w Strasburgu jest bardzo bezpieczny, a Bruksela w dużo mniejszym stopniu. Ja twierdziłem inaczej, przy czym pod koniec dyskusji zrozumiałem, że jemu chodzi o dostępność dla nieproszonych gości do budynków, a mnie o łatwość przeniknięcia do francuskiej siedziby PE przez osoby mające etniczne i religijne związki ze wspólnotą muzułmańską. Paradoksalnie, każdy z nas miał rację. Bo rzeczywiście pod względem położenia przestrzennego łatwiej zabezpieczyć europarlament w Strasburgu przed atakami niż ten w Brukseli. Chyba żeby do ataków użyć stateczku wycieczkowego płynącego po kanale koło europarlamentarnego gmachu PE w Strasburgu, który jeden z europosłów nazwał „realizacją snu pijanego architekta”.

Ewakuacja europarlamentu 

Posiedzenie prezydium PE składa się przeważnie z dwóch części. Pierwsza odbywa się z udziałem przewodniczącego i wiceprzewodniczących PE oraz kwestorów (powiedzmy, że pełnią oni rolę skarbników), a także wyższych urzędników administracji i naszych asystentów. Druga, in camera, czyli przy drzwiach zamkniętych, wyłącznie w gronie prezydialnym. Sprawy bezpieczeństwa poruszane są zwykle w tej drugiej. Zobowiązujemy się do zachowania tajemnicy, obowiązuje mnie to także na łamach „Gazety Polskiej Codziennie”



zawartość zablokowana

Autor: Ryszard Czarnecki


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się