Polscy kaznodzieje od terroryzmu

​POLSKA \ Po tragicznym samospaleniu w Warszawie

numer 1867 - 02.11.2017Publicystyka

W historii wciąż powracają przypadki, gdy różni kaznodzieje (dziś zwłaszcza islamscy) nakłaniają ludzi do oddania swojego życia w imię chorych ideałów. Do śmierci zupełnie niepotrzebnej. Pasożytując na słabości psychicznej, na poczuciu (często słusznym) krzywdy, na cierpieniu innych, budują swoją pozycję, zbierają polityczne profity. Mam bolesne wrażenie, że do czegoś takiego doszło też w Polsce. Kolejna granica została przekroczona.

Zmarł samobójca, który dokonał samospalenia przed Pałacem Kultury w Warszawie. Motywacją, która skłoniła go do tak drastycznych kroków, była jego niezgoda na politykę PiS‑u. I zaczęło się. To, że ta śmierć będzie wykorzystywana politycznie, było oczywiste. Już sama informacja o tym ma wagę polityczną, a sposób jej opisu z konieczności także będzie posiadał element polityczny. Chyba jednak nikt nie spodziewał się aż takiego „karnawału” nad trumną tego człowieka.

Podpalajcie się!

Wiadome media zaczęły sprawę rozgrzebywać, kolejne autorytety wygłaszać odezwy, nie ukrywając zachwytu nad tym aktem. Rozpoczęto cykliczne odczytywanie manifestu politycznego samobójcy. Doszło nawet do zupełnego absurdu, gdy ksiądz Grzegorz Kramer, od lat ostentacyjnie wyrażający poparcie dla polityków związanych z Platformą Obywatelską, wyraził… uznanie dla tego typu działań. Ksiądz, który akceptuje samobójstwo? Do tego doszło. Również część posłów PO zaczęła grzać temat, podchwyciły to kolejne redakcje związane z tą opcją polityczną.

W internecie rozpoczęto akcję „zwykły człowiek”, a ponury spektakl zaczął być coraz bardziej popularny. Jedną z osób zachwycającą się samobójstwem okazał się płk. Adam Mazguła, który uznał, że samospalenie przed Pałacem Kultury jest większą ofiarą niż ta, którą poniósł Jezus Chrystus. Tak, ten sam Mazguła, który mówił o „kulturalnych ścieżkach zdrowia” podczas stanu wojennego. Ten sam, który wiernie służył zbrodniczemu reżimowi. Pozostaje pytaniem retorycznym, jak reagował Mazguła, gdy w sprzeciwie wobec zbrodniczej polityki komunistów samobójstwo popełnił Ryszard Siwiec.

Przekaz lansowany w przestrzeni medialnej jest bardzo prosty – sytuacja w Polsce usprawiedliwia, a nawet powinna skłaniać ludzi do podejmowania tak drastycznych środków, jak publiczne samobójstwo. Idealnym przykładem narracji, jaką wytworzono wokół tego aktu, była wypowiedź Jana Hartmana, który na swoim blogu po prostu… podziękował samobójcy. I zapytał, czy mężczyzna był niezrównoważony psychicznie, by zaraz potem sobie odpowiedzieć, że być może, „ale co z tego?”. Trudno przejść obojętnie nad tego typu szczerością. Hartman publicznie wyraził przekonanie, że samobójstwo osoby niepotrafiącej we właściwy sposób rozeznać rzeczywistości oraz konsekwencji swoich działań (tym właśnie jest choroba psychiczna), może być usprawiedliwione, bo przyniesie wiele korzyści politycznych!

Dość to oczywista pogarda dla ludzkiego życia. W końcu, co chyba najbardziej wstrząsające – do sytuacji odniósł się sam Donald Tusk, stwierdzając, że nie możemy o tym wydarzeniu milczeć. Sugestia prominentnego polityka jest oczywista – należy potraktować to wydarzenie politycznie i wykorzystać je do ataku na PiS. Wątpliwe, by Tusk pisząc tego tweeta myślał faktycznie o wewnętrznym konflikcie w Polsce. Raczej chodzi o to, by odpowiednio też „nagrzać” temat w mediach europejskich.

Nowa „jakość”

Trudno pisać o tej sprawie. Po pierwsze, niezależnie od naszych przekonań politycznych, powinniśmy mieć świadomość, że doszło do tragedii. Zginął człowiek, pozostawił po sobie ból i żal najbliższych. Słowa powinny być więc wstrzemięźliwe i oszczędne. Powinniśmy raczej milczeć i się modlić



zawartość zablokowana

Autor: Dawid Wildstein


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się