Jaki będzie wynik pojedynku na dachu świata?

GEOPOLITYKA \ Miejsce Polski w Państwie Środka

numer 2188 - 26.11.2018Publicystyka

W Chińskiej Republice Ludowej jestem w szczególnym czasie. Trwa wojna ekonomiczna między Pekinem a Waszyngtonem, przy czym nabiera ona konfrontacyjnego charakteru. Bruksela przystępuje do przeglądu inwestycji chińskich w krajach członkowskich Unii Europejskiej. Federacja Rosyjska zbliża się do ChRL, a Chiny Ludowe sprzedają rakiety Białorusi.

Ta ostatnia sprawa jest mało znana. Jednak te chińskie rakiety mogą dosięgnąć (w teorii) Warszawy i stolic trzech krajów bałtyckich (w wypadku Polski – jeśli będą wystrzelone z Brześcia nad Bugiem, ich zasięg to ok. 270 km), ale na pewno nie dolecą do Moskwy.

Światowa potęga numer dwa

Patrząc szerzej, nie przez pryzmat międzynarodowej politycznej bieżączki, można postawić pytanie o to, jak to się stało, że ChRL w ostatnich parudziesięciu latach dokonała tak olbrzymiego skoku na globalnej mapie wpływów. Jeszcze niedawno była częścią Big Five, Wielkiej Piątki, teraz podejmuje rywalizację z USA o światowy prymat. Chińczycy skupili się na gospodarce, na wzroście ekonomicznym. Wychodzą z założenia, że ich inwestycje, ich eksport, ich związki handlowe będą torowały drogę dla politycznego wzrostu wpływów Państwa Środka. I tak się dzieje.

Chiny, kraj o tysiącletnich tradycjach państwowych i cywilizacyjnych, są cierpliwe. Działają stopniowo. Poszerzają strefę wpływów, ale tam, gdzie napotykają silny opór, ustępują.

No właśnie, oto moja prog­noza odnośnie do relacji chińsko-amerykańskich. Komunistyczne elity rządzące największym demograficznie państwem świata zapewne wiedzą, że obecne skrajnie napięte relacje z USA nie wpływają na dłuższą metę korzystnie na pozycję Chin w świecie. Twierdzę, że Pekin może ustąpić w tym prestiżowym pojedynku na dachu świata i niespodziewanie pójdzie na kompromis z Białym Domem. Czy to będzie na przykład zakup amerykańskich boeingów, i to w liczbie kilkudziesięciu czy stukilkudziesięciu sztuk? To tajemnica pilnie strzeżona w zamkniętych gabinetach ponad 22-milionowej stolicy ChRL.

Smog i riksze – azjatycki survival

W Pekinie jest słonecznie, choć mroźno. Po moim przyjeździe okazuje się, że nawet symbol Pekinu – olbrzymi smog – gdzieś się wyniósł, przynajmniej czasowo. Pomiary niespodziewanie wykazały kilkukrotny spadek jego stężenia i w niechlubnej globalnej klasyfikacji zanieczyszczeń aglomeracji miano czerwonej latarni stolica Chin przekazała stolicy Indii. Ale i tak ludzi w specjalnych maseczkach ochronnych widzę tutaj sporo.

Przed budynkami rządowymi (np. siedzibą ministerstwa spraw zagranicznych) czy partyjnymi (siedzibą Komunistycznej Partii Chin) dostrzegam limuzyny dla tutejszych VIP-ów. I ciekawe rozwiązanie – o ile samochody rządowe w Polsce mają tzw. koguty, to tutaj na masce z przodu (a nie na dachu) fabrycznie wmontowane jest specjalne urządzenie z pulsującym czerwonym światłem.

Niebywałe korki, już o piątej nad ranem, nie są żadnym zaskoczeniem. Akurat Pekin może w tym konkurować, podobnie jak w kwestii smogu, z Nowym Delhi. Kilka razy korzystam z ryksz, które są dobrym rozwiązaniem na krótszych dystansach. Rikszarze i rikszarki – z taką też jechałem – są królami pekińskich ulic. Riksza, którą jadę, bezceremonialnie wjeżdża pod prąd, samochody hamują, riksza zmienia kierunek jazdy i pas – wtedy samochody ruszają. I nawet nikt nie trąbi!

Tyle że korzystanie z tych pojazdów w listopadzie nie jest zbyt przyjemne – po paru minutach jazdy można zmarznąć na kość, mnie też to spotkało. Jest jeszcze jeden minus. Gdy władze urządzają łapanki – a operatorzy riksz, zdaje się, niekoniecznie płacą podatki – riksiarz, by ratować skórę przed nadciągającą policją, może bez słowa wyrzucić cię w nieznanym miejscu. I wtedy masz survival, test na przeżycie.

Rosyjska dzielnica, rosyjscy handlarze

Ambasada Rzeczypospolitej Polskiej w Pekinie (naszym ambasadorem jest Wojciech Zajączkowski, w służbie dyplomatycznej RP od lat 90., wczesniej ambasador w Moskwie i Bukareszcie) znajduje się nieopodal dzielnicy rosyjskiej. Rosjanie tam co prawda nie mieszkają, ale masowo przyjeżdżają na handel. Dzisiaj tabunami, ale jeszcze parę lat temu był to prawdziwy „ruski ocean”. Od kiedy sytuacja gospodarcza Federacji Rosyjskiej się pogorszyła, liczba turystów-handlarzy spadła. Ale i tak jest ich zatrzęsienie.

W tej dzielnicy we wszystkich domach towarowych i sklepach powszechnie widzę szyldy po rosyjsku, a naganiacze zapraszają do poszczególnych stoisk w tym języku. Spotykam też kilkoro Polaków. Język rosyjski jest tutaj lingua franca, bo przecież ci, którzy przyjeżdżają tu na przykład z Kaukazu Południowego, też się nim posługują. Dla ułatwienia kontaktów handlowych Chińczycy przyjmują rosyjskie pseudonimy. I tak skośnooki „Grisza” czy miejscowy „Dima” oswajają gości z chińskim rynkiem zbytu lub usług.

Handlarze z Rosji czy republik postsowieckich jeżdżą za towarem od rana do wieczora, a po zmierzchu korzystają z usług licznych salonów piękności, akupunktury, masażu, zlokalizowanych zresztą w hotelach, w których owi przybysze z bywszego ZSRS mieszkają. Chcesz czy nie chcesz, dostajesz do ręki rosyjskojęzyczną reklamę tychże usług



zawartość zablokowana

Autor: Ryszard Czarnecki


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się




















-->