Huzia na Madziara, czyli UE kontra Węgry

UNIA EUROPEJSKA \ Równi i równiejsi

numer 2245 - 04.02.2019Publicystyka

Węgry gonią Polskę! Nie chodzi tu o PKB na głowę mieszkańca, bo w tym aspekcie notujemy akurat najwyższy wzrost w Europie. Chodzi o zainteresowanie Unii Europejskiej i próby stawiania do kąta.

Cztery dni temu w Parlamencie Europejskim w Brukseli odbyła się już siódma (sic!) debata na temat, jak to określono tym razem, „praworządności i praw podstawowych na Węgrzech”. Poprzednie debaty, które w Budapeszcie odbierane są przez przeważającą część Madziarów jako antywęgierskie, miały miejsce w latach 2011, 2012, 2013, 2015 (wtedy były aż dwie), ale też w roku 2017. Tendencja jest wzrostowa – w poprzedniej kadencji europarlamentu były bowiem „tylko” trzy takie debaty, a w obecnej, choć nie jest jeszcze zakończona, już cztery.

Wyrodna rodzina polityczna – EPP

Dzieje się to w sytuacji, w której rządząca Węgrami trzy kadencje z rzędu partia Fidesz, należąca przecież do Europejskiej Partii Ludowej, tworzącej największą grupę polityczną w PE, ma ze strony EPP swoisty parasol ochronny. Nawet jeśli ostatnio zaczął on przeciekać, to wciąż jest faktem. To jest zresztą powód, dla którego Węgrzy nie opuszczą EPP, wbrew wielu komentatorom, także z Polski, wieszczących naturalny sojusz i wspólną frakcję w Parlamencie Europejskim Fideszu oraz Prawa i Sprawiedliwości. Dodam, że szefowie rządów należących do EPP spotykają się regularnie, a partie należące do tej „rodziny politycznej” rządzą lub współrządzą niemal połową państw członkowskich UE. Dokładnie w trzynastu krajach: Niemczech, Austrii, Holandii, Belgii, Irlandii, Danii, Finlandii, Estonii, na Węgrzech, Słowacji, w Bułgarii, Chorwacji i na Cyprze. Na ostatnim szczycie obecnych było jedenastu premierów państw Unii.

Węgrzy na grochu i unijny kij bejsbolowy

Znamienne jest to, że na sesji europarlamentu w Strasburgu w połowie stycznia, podczas debaty o propozycji Komisji Europejskiej (reprezentowanej na forum PE przez niemieckiego komisarza Guenthera Oettingera) dotyczącej powiązania budżetu Unii Europejskiej z „przestrzeganiem praworządności” nie wymieniano Polski, ale Węgry… Nie miejmy jednak złudzeń, że nie będzie to europejski polityczny kij bejsbolowy również na nasz kraj, ale w ostatnich tygodniach Bruksela chciałaby widzieć jako klęczących na grochu przede wszystkim Madziarów, a nie Polaków. Czyżby był to efekt zamknięcia w ostatnich miesiącach „frontu unijnego” przez Rząd RP?

Lista grzechów ciężkich

Nie tak dawno w Strasburgu debatowano i głosowano nad raportem holenderskiej posłanki z frakcji Zielonych Judith Sargentini. Skala zarzutów wobec Budapesztu była szersza niż wobec Polski. Nam zarzucano próbę upolitycznienia sądownictwa (choć stosujemy podobne rozwiązania jak np. Niemcy, Francja, Hiszpania czy Holandia), jednak lista oskarżeń wobec Węgier jest znacznie dłuższa. Chodzi o zmiany w systemie wyborczym, zmiany konstytucji, konflikt interesów i korupcję, ochronę danych osobowych i prywatności. W sprawozdaniu Holenderki są też wymienione inne „grzechy ciężkie”. Chodzi o rzekome naruszenia wolności zrzeszania się, wypowiedzi, nauki religii, równouprawnienia płci, praw mniejszości etnicznych i religijnych. Wreszcie skrytykowano w nim politykę imigracyjną Budapesztu. Kiedyś mówiło się, że jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi… o pieniądze. We współczesnej Unii, gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o… imigrantów i uchodźców. Tak było i tym razem w wypadku kraju naszych bratanków



zawartość zablokowana

Autor: Ryszard Czarnecki


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się