Inteligenci przegrali z PiS. Największa anomalia III RP

SPOŁECZEŃSTWO \ Liberalna inteligencja niechętnie oddaje rząd dusz

numer 2277 - 14.03.2019Publicystyka

Najciekawsze w dzisiejszej polityce jest to, że Prawo i Sprawiedliwość zdobyło znaczne zaufanie społeczne, choć ma na ogół słabsze notowania u opiniotwórczej inteligencji. I to nie tylko tej lewicowo-liberalnej.

W debacie publicznej od kilku lat wraca do łask pojęcie inteligencji jako opiniotwórczej grupy społecznej. Przez dekady III RP zarówno na prawicy, w liberalnym centrum, jak i na lewicy termin nie cieszył się wzięciem. Niesłusznie uważano go za ideologiczny produkt Polski Ludowej z jej nowomową opartą na marksizmie i traktowanym instrumentalnie językiem walki klas. Gdy nastała III RP, inteligencja nie chciała już być inteligencją – szczególnie jej bardziej zasobna i wpływowa wielkomiejska część.

„Jak kapitalizm, to kapitalizm”

Nieźle znam Kraków, więc bez trudu potrafię wskazać, w jakich dzielnicach postawili sobie domy inteligenci, którzy w początkach lat 90. przestali kręcić powielaczem, a zaczęli kręcić biznesy. Podobnie jak znacznie liczniejsza inteligencja wywodząca się z nomenklatury PZPR – ona także chętnie pożegnała się z inteligenckim etosem, bo z czego innego można było żyć znacznie lepiej. Z poetycką lapidarnością dawno temu odmalował to Andrzej Sikorowski w songu Grupy pod Budą: „Moi koledzy poszli w biznesy, / bo przestał słuchać ich naród, / moim kolegom pęcznieją kiesy, / a ja zostałem sam – z gitarą”. I dodawał: „Jak kapitalizm, to kapitalizm!”... A że nie tylko inteligencki Krakówek znał od podszewki, to wiedział, co mówi.

Inteligenci PRL-owskiego chowu zawsze dobrze wyczuwali trendy, od 1948 r. ćwiczeni w „linii partii” szybko załapali, że w III RP mogą być menedżerami w filiach wielkich zachodnich firm, szefami agencji reklamowych, ludźmi od staro-nowego show-biznesu i raczkującego marketingu politycznego, właścicielami wydawnictw, lobbystami zagranicznego biznesu. Chętnie odpuścili sobie staroświeckie „bycie inteligentem”, by opisywać się anglojęzycznymi nazwami nowych zawodów, od których zaroiło się w Polsce po 1989 r. Gęby i nawyki zostały te same – ale swetry z wyciągniętymi rękawami zamieniły się w garnitury, okulary w rogowych oprawkach wymieniono na takie druciane, pozłacane. Inteligent szybko zapomniał wiersze Broniewskiego i Majakowskiego – uczył się potęgi pozytywnego myślenia, kapitalistycznej księgowości i obsługi programu Windows 95.

„Wyborczej” rząd dusz

Spora część inteligencji szybko zrozumiała, że postęp przybrał inne formy. Nie liczył się już sojusz robotniczo-chłopski, nie liczył się solidarnościowy etos, a Jan Paweł II okazał się dla wielu „nieznającym życia rygorystą”. „Gazeta Wyborcza” niemal z miejsca zaczęła nadawać ton inteligenckiej debacie, otwartym tekstem wskazując, że teraz to rynek zawsze będzie miał rację, że bardzo wiele trzeba „po chrześcijańsku” wybaczyć postkomunistom, a z Kościołem, owszem, będzie można dyskutować po partnersku, jeśli będzie grzecznie potakiwał teologom i publicystom najbardziej progresywnych nurtów posoborowych. Część inteligencji na to nie poszła, więc przybito jej stempelek prawicowej, i to na dobre załatwiło dyskusję z oponentami. Tzw. prawicowy inteligent był przez salon traktowany z zasady protekcjonalnie. Protekcjonalnie, ale życzliwie, jeśli próbował dogadywać się z liberalnym inteligentem; protekcjonalnie i wrogo, jeśli był hardy i głośno mówił, co mu się w „Wyborczej” nie podoba



zawartość zablokowana

Autor: Krzysztof Wołodźko


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się





















-->