Platforma kontra Polska B

WYBORY \ Platforma próbuje udawać formację społecznie odpowiedzialną

numer 2290 - 29.03.2019Publicystyka

Platforma Obywatelska ostatnio dużo obiecuje w kwestiach społecznych. Ale to obietnice bez pokrycia, bo za liberalną opozycją od zawsze stały i stoją zachwycone balcerowiczowskim modelem transformacji grupy p.o. elit w III RP.

Podsumujmy tę paradę obietnic: Grzegorz Schetyna z pakietu rodzinnego PiS niczego nie uszczknie, nauczycielom da, ile zechcą; jego partia będzie też dobra dla mniejszości seksualnych, w ogóle będzie dobra dla wszystkich i przywróci Polskę prawdziwie solidarną i wolną. Gdybym nie wiedział, że Schetyna jest facetem, któremu Tusk zostawił Platformę Obywatelską, gdy ludzie mieli jej już naprawdę dość, to pewnie bym się po prostu zaśmiał niedowierzająco. Wszak nie ma nic niezwykłego w tym, że establishment III RP obiecuje o wiele więcej, niż zamierza komukolwiek poza swoimi totumfackimi dać.

Koteria przebiera nóżkami

Ale mówimy o liderze formacji, która nie tylko bardzo świadomie przez lata unikała prowadzenia jakiejkolwiek sensownej polityki rodzinnej i społecznej, lecz także ze swojego lumpenliberalizmu, mocno na wyrost nazywanego konserwatywnym liberalizmem, robiła powód do chwały. Mówimy o formacji, która z pomocą zaprzyjaźnionych mediów wbijała milionom Polaków do głowy, że nie ma żadnej alternatywy dla państwa życzliwego tylko dla nielicznej elity, a obojętnego lub wrogiego dla mało- i średniozamożnych. Dlatego cynizm Grzegorza Schetyny w ogóle nie jest zabawny. Jest próbą oszukania przynajmniej części społeczeństwa, wmówienia mu, że Platforma u sterów państwa byłaby w końcu partią „społecznie wrażliwą”, ale bardziej proeuropejską i tolerancyjną niż PiS. W praktyce oznacza to jedynie recydywę III RP z wszechwładzą koterii pełniącej obowiązki elit.

Zacznijmy od przypomnienia kwestii najprostszej. Platforma, gdy przegrała wybory w 2015 r., po prostu zdezerterowała politycznie. To nie jest przecież normalne, że największa opozycyjna siła polityczna w ciągu praktycznie kilku miesięcy po przegranych wyborach przestaje być głównym antagonistą dla zwycięzcy. Ale popłoch, zniechęcenie i poczucie obciachu, jakie kojarzyły się z Platformą, były tak duże, że ich miejsce niemal z marszu zajęły środowiska w rodzaju Komitetu Obrony Demokracji i Obywateli RP. Mateusz Kijowski, praktycznie nikomu wcześniej nieznany, nagle objawił się w liberalnych mediach jako nowy mesjasz, obrońca III Rzeczypospolitej, jej męczennik – wszyscy pamiętamy grafikę, na której przedstawiono go w pozie świętego Sebastiana.

Schetyna jak diabeł z pudełka

Dziś już wiemy, że o tym wszystkim nie zdecydowała charyzma Kijowskiego (ma jej jak na lekarstwo) ani nawet nieprzeciętne aktywistyczne zdolności KOD-owców i Obywateli RP. Po prostu Platforma musiała się schować przed opinią publiczną, bo ludzie mieli jej szczerze dość. Dość jej miała nawet spora część platformerskiego elektoratu – a przecież kogoś trzeba było pokazywać w komercyjnych telewizjach, ktoś musiał udzielać wywiadów „Newsweekowi”, „Polityce”, „Gazecie Wyborczej”. Padło więc na ludzi, którzy właściwie nic ciekawego o Polsce trzydzieści lat po transformacji nie mieli do powiedzenia



zawartość zablokowana

Autor: Krzysztof Wołodźko


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się





















-->