Niemcy: krajobraz przed wyborczą, europejską bitwą

EUROWYBORY \ Kampania w państwie nr 1 Unii

numer 2298 - 08.04.2019Publicystyka

Tydzień temu w „GPC” z 1 kwietnia 2019 r. w artykule „Francja. Krajobraz przed wyborami” opisałem wyścig do Parlamentu Europejskiego w drugim co do siły demograficznej i gospodarczej państwie UE (uwzględniając brexit). Dziś pora na omówienie kampanii w państwie nr 1, czyli Niemczech.

U naszego zachodniego sąsiada sytuacja jest znacznie bardziej stabilna niż we Francji, gdzie doszło do politycznego trzęsienia ziemi, w wyniku którego dwie główne formacje, które od II wojny światowej wymieniały się u władzy, teraz raptem mają łączne poparcie zaledwie co… siódmego Francuza.

SPD – stabilny dół sondażowy 

W Republice Federalnej sytuacja jest bardziej przewidywalna, choć na łeb, na szyję polecieli wciąż jeszcze współrządzący socjaliści. Jest to tendencja ogólnoeuropejska, co pokazują wyborcze klęski lewicy w Holandii (spadek z drugiego na dziewiąte miejsce), Austrii, Francji, Czechach – w tych państwach lewica straciła władzę, także we Francji (Macron to liberał). Nawet tam, gdzie socjaliści utrzymali się u władzy, stracili bardzo wiele mandatów: w Szwecji tworzą rząd mniejszościowy (!), a na Słowenii współtworzą tęczową koalicję, której jedynym wspólnym mianownikiem jest niechęć do eurorealistycznej prawicy.

We wszystkich trzech głównych niemieckich partiach doszło do zmiany przywódców. Mowa o CDU, CSU i SPD, które wspólnie rządzą kolejną kadencję. Wykorzystały to umiejętnie partie, które bądź dawno nie były u władzy, jak Zieloni, bądź nie byli nigdy i prędko nie będą, jak Alternatywa dla Niemiec. Zieloni po prostu „pożywili się”, jeśli chodzi o sondaże, biorąc zarówno z prawa (CDU-CSU), jak i z lewa (SPD, w mniejszym stopniu komunistyczna Die Linke). Okrzepła również bardzo prawicowa oraz antyimigracyjna i eurosceptyczna Alternatywa, która zaczęła odbierać wyborców CDU i CSU już nie tylko retoryką antyimigracyjną, ale też odwoływaniem się do konserwatywnych, rodzinnych wartości.

Niemcy: prawie 100 mandatów i „rozproszona” ordynacja

Niemcy mają niemal stu posłów do europarlamentu! Dokładnie – 96. Nawet jeżeli dojdzie do brexitu, to nie powiększą liczby swoich mandatów, jak Francja, Hiszpania – o pięć, czy przykładowa Polska czy Estonia – o jeden. Dlaczego? Bo już wcześniej RFN, w przeciwieństwie do innych krajów, wysyciła swój limit.

Niemiecka ordynacja europejska jest, tak jak w Polsce, zupełnie inna niż krajowa. Nie ma już progu 5 proc. – ostatni raz był w 2009 r. Wybory są proporcjonalne, a jeden wielki okręg wyborczy stanowi terytorium Niemiec. Każdy wyborca dysponuje tylko jednym głosem – piszę „tylko”, bo w wyborach federalnych i w większości landowych każdy obywatel RFN ma dwa głosy, dzięki czemu ujawnia swoje dodatkowe preferencje wyborcze. Każda formacja polityczna ma prawo wybrać, czy chce mieć listę krajową, czy 16 landowych. Wszystkie partie wybierają to pierwsze rozwiązanie, tylko CDU decyduje się na 15 list w krajach związkowych, a szesnastą, w Bawarii, wystawia CSU.

W Polsce przestrzega się, i słusznie, przed rozdrobnieniem głosów: im więcej Polaków w różnych frakcjach w PE, tym siła głosu Polski jest mniejsza, bo właśnie rozproszona. Tymczasem w Niemczech postąpiono dokładnie odwrotnie. Dzięki zmianie „Europawahlgesetz” – ordynacji wyborczej do europarlamentu z 1978 r., wielokrotnie zresztą poprawianej, wprowadzono możliwość wejścia do parlamentu w Strasburgu i Brukseli dla partii nawet z marginalnym poparciem. Dzięki temu aż 14 ugrupowań z Niemiec ma swoich europosłów, z czego równo połowa – ledwie po jednym.

CDU-CSU: tyle samo

lub prawie tyle samo

Warto porównać wyniki z 2014 r. z sondażami z marca 2019 r



zawartość zablokowana

Autor: Ryszard Czarnecki


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się




-->















-->