​Wybór szefa KE: jesień, nie lipiec!

numer 2359 - 22.06.2019Opinie

Przed szczytem UE Donald Tusk sugerował, że liderzy krajów członkowskich wybiorą na nim przewodniczącego Komisji Europejskiej. Jak zwykle okazało się, że była to PO – Pusta Obietnica. Dla nikogo poza Tuskiem nie było to niespodzianką, np. wczorajszy „Financial Times” poświęcił szczytowi zaledwie wzmiankę. Jak widać, biznes wiedział, że na decyzje personalne UE trzeba poczekać. Wybór przewodniczącego KE to rezultat skomplikowanej układanki, w której liczą się interesy narodowe, parytety polityczne, a także geograficzne. Stąd Polska nie ma szans na żadne z pięciu głównych stanowisk w UE, bo w ostatnich 10 latach przez 7,5 roku takie stanowiska sprawowali obywatele RP (Jerzy Buzek – 2,5 roku i Donald Tusk – 5 lat). Możemy na nie liczyć najwcześniej za pięć lat. Dziś chadecja ma premierów (lub prezydentów) w 8 państwach UE, liberałowie w 7, socjaliści w 6, konserwatyści w 2, postkomuniści w 1, a w 4 rządzą „niezależni”. Tyle że ta układanka się zmienia, bo w Danii liberałowie oddadzą władzę na rzecz lewicy, w Grecji postkomunistów zmienią konserwatyści. To wszystko powoduje, że wybór przewodniczącego KE nastąpi nie w lipcu, ale jesienią. A Polska zyska wtedy spore pole do gry: poparcie za silną tekę dla polskiego komisarza.



Autor: Ryszard Czarnecki