Lewica znów wybiera przyszłość

​FELIETON \ Po konwencji SLD, Wiosny i Lewicy Razem

numer 2416 - 27.08.2019Publicystyka

Pod hasłem „Łączy nas przyszłość” odbyła się sobotnia konwencja wyborcza Sojuszu Lewicy Demokratycznej używającego w tych wyborach znaku towarowego „Lewica”. Głównie po to, żeby choć minimalnie osłodzić gorycz historycznej porażki ideowej (Razem) lub cynicznej (Wiosna) młodzieży z małych partii, które myślały, że można w Polsce stworzyć lewicę, nie tkwiąc przynajmniej jedną nogą w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.

Sama historia nazwy, pod którą partie lewicowe idą do wyborów, była emocjonującym serialem. Wszystko zaczęło się od deklaracji o porozumieniu Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Wiosny Roberta Biedronia i Razem Adriana Zandberga. Porozumieniu zawartym niewątpliwie w pośpiechu, gdy na szybko trzeba było zareagować na wypchnięcie z Koalicji Obywatelskiej SLD, który jeszcze w wyborach do Parlamentu Europejskiego stanowił jej bardzo mocny element. Do PE weszli Marek Balt, jedyny młodszy polityk w tym zestawieniu, Marek Belka, Włodzimierz Cimoszewicz i Leszek Miller, a więc Platforma wprowadziła do europarlamentu trzech postkomunistycznych premierów. Już przed wyborami wiadomo było, że kandydaci Koalicji Europejskiej w przypadku wyboru rozejdą się po różnych frakcjach. PSL i Platforma do chadecji, lewica do socjalistów, razem z przedstawicielami Wiosny zresztą, a ostatecznie niewybrani najwierniejsi partnerzy PO z Nowoczesnej trafiliby jeszcze gdzie indziej, do liberalnej grupy ALDE. Trudno się w tym wszystkim połapać, dlatego też specjalnie nie zawracano tym głowy wyborcom. Jednak po odejściu z koalicji ludowców Grzegorz Schetyna zapewne przestraszył się jednoznacznie centrolewicowego profilu potencjalnej koalicji w wyborach do Sejmu i pokazał Włodzimierzowi Czarzastemu drzwi.

Nowy sojusz lewicy

Czarzasty pozbierał się po tym koszu błyskawicznie i niemal od razu wystąpił z Biedroniem i Zandbergiem. Stało się to tak szybko, że dopiero po ogłoszeniu wspólnego startu, zaczęto zastanawiać się nad tak istotnymi sprawami, jak formuła, w jakiej wystartuje nowy sojusz, a także jego nazwa. SLD raz już poległo na ośmioprocentowym progu dla koalicji, bardzo szybko okazało się, że nikt nie chce znów ryzykować. Chociaż dziś wydaje się, że lewica spokojnie może liczyć na minimum 10 proc., podjęto decyzję o liście nowego ugrupowania o nazwie „Lewica”, jednak okazało się, że nie jest to możliwe z przyczyn formalnoprawnych. I tak finalnie wszyscy skończyli niczym Kukiz na liście PSL. Perspektywa możliwego sukcesu kazała zapomnieć, zwłaszcza Razem, które ze swoim radykalnym przekazem społecznym przestało już ocierać się nawet o gwarantujące dotacje 3 proc., o dawnych konfliktach z postkomunistami. Wiosna ze swoimi sypiącymi się strukturami też na tej sytuacji korzysta, jak zresztą wiemy, po wyborach prawdopodobnie połączy się z SLD już formalnie, Razem natomiast zachowa zapewne autonomię, być może nawet w oddzielnym kole poselskim. Pożyjemy, zobaczymy.

Licytacja z PiS na postulaty socjalne

Tymczasem jednak stała się rzecz ciekawa. Po awanturach podczas białostockiego Marszu Równości wydawało się, że tematy obyczajowe będą główną treścią kampanii lewicy, jednak najmocniej zajmują się tym politycy Nowoczesnej. Poseł Mirosław Suchoń kilka dni temu zapowiedział na przykład usunięcie religii ze szkół, co okazało się jedną z przeszkód domknięcia wspólnej, choć nieoficjalnej listy kandydatów całej Koalicji Obywatelskiej w wyborach do Senatu. Jak zwykle bowiem w trudnej sytuacji znalazło się PSL, które tu i ówdzie z tego bloku najpewniej się wyłamie, bardzo unikając skojarzeń z resztą partii opozycyjnych



zawartość zablokowana

Autor: Krzysztof Karnkowski


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się