New York, New York – z Polską w tle

​FELIETON \ Co widać ze stolicy świata

numer 2480 - 12.11.2019Felieton

Nowy Jork, miasto z amerykańskiego snu, wita mnie chłodem i feerią świateł. Robi na mnie wrażenie za każdym razem. I choć wolę spokojny, zielony Waszyngton, gdzie przecież wciąż podejmuje się decyzje o losach świata, to Nowy Jork, ta swoista nieformalna stolica globu, fascynuje. Może nawet bardziej niż wtedy, gdy byłem tu przed 27 laty pierwszy raz.

Tym razem do Wielkiego Jabłka (Big Apple), jak nazywa się Nowy Jork, docieram po ponad dziewięciu godzinach lotu. Przyjeżdżam do miejsca polskich sukcesów.

ONZ: dwie wygrane, jeden rekord

To tutaj przed dwoma laty wybrano nas z rekordowym wynikiem do Rady Bezpieczeństwa ONZ: żadne państwo wcześniej i żadne potem nie osiągnęło lepszego wyniku w wyborach – 190 „za” przy tylko dwóch wstrzymujących się (identyczny wynik miał Senegal). A w ostatnich tygodniach Polska wygrała znów: tym razem zostaliśmy wybrani do Rady Praw Człowieka ONZ. Nie muszę tłumaczyć, jakie to ma znaczenie w sytuacji oskarżania naszego kraju o rzekome łamanie praw obywatelskich i człowieka właśnie. Co szczególnie istotne, polska wiktoria nastąpiła mimo tego, że w ONZ istnieje coś takiego jak solidarność małych, polegająca na głosowaniu zawsze na państwa mniejsze, jeśli konkurują one z większymi. To dlatego sukcesem polskiej dyplomacji w 2017 r. było skłonienie do rezygnacji z kandydowania naszego ówczesnego konkurenta do RB ONZ – Bułgarii, która mogła pozbierać właśnie głosy krajów mniejszych (za to z tym większymi kompleksami). Teraz poradziliśmy sobie z Mołdawią, a Armenia weszła wraz z nami. Skądinąd z Europy weszły na przykład jeszcze Niemcy i Holandia, co świadczy o tym, jaką wagę przywiązują państwa duże i bogate do tej struktury. Konfrontując te wybory Rzeczypospolitej w ONZ A.D. 2017 i A.D. 2019 z absurdalnymi tezami opozycji o rzekomej izolacji Polski na arenie międzynarodowej – można się tylko uśmiechnąć.

Na „szczyt globu”

w dziewięć godzin

Na szczyt świata, czyli do Nowego Jorku, leci się z Warszawy bezpośrednio. To trasa dla dreamlinerów, ale w sytuacji ich przymusowego uziemienia (awarie! Szykują się olbrzymie rekompensaty dla LOT z tego powodu) nasz narodowy przewoźnik lata tu wspólnie z Air Belgium. Ten transatlantycki powietrzny szlak liczy ok. 6850 km i pokonuje się go w niespełna 10 godzin, zakładając przychylne warunki pogodowe. Tym razem zamiast planowanych dziewięciu godzin i 45 minut lecimy dzięki dobrym wiatrom o prawie pół godziny szybciej. Z powrotem jest już jak po maśle, wiatry w stronę Europy są korzystniejsze i według rozkładu lot powinien trwać trochę ponad osiem godzin, w praktyce jest to siedem i pół.

Nowy Jork w weekend jest niczym w kultowym filmie z 1977 r. z Johnem Travoltą „Gorączka sobotniej nocy”. Rankami w sobotę i niedzielę trwa wielkie sprzątanie. Teraz tym bardziej, bo przecież w piątkowy wieczór było Halloween i o sobotnim świcie walają się jeszcze pozostałości z mniej lub bardziej wymyślnych przebieranek. W tym roku przebojem podobno był specyficznie zielonkawy strój modelki Heidi Klum, na ulicznej stercie śmieci dostrzegam jego ironiczno-groteskową przeróbkę.

Gorączka sobotniej nocy i amerykański sen

Idę ulicami Nowego Jorku wczesnym rankiem. Tym razem nie mam jet laga (Europejczycy zwykle mają problemy z przesunięciem czasu po powrocie z Ameryki, ja akurat odwrotnie, ale teraz wyjątkowo nie). Obudziłem się przed szóstą i ciekawi mnie, jak wygląda „stolica globu”, gdy budzi się do intensywnego życia. W „Webster Hall” zapowiedź dzisiejszego przedstawienia „Mumiy Troll”, jutro na afiszu będzie już inne, tu nie gra się do zejścia z afisza jak w innych poważnych nowojorskich teatrach



zawartość zablokowana

Autor: Ryszard Czarnecki


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się