fot. Tomasz Hamrat/Gazeta Polska

Ja to mam szczęście…

​RELACJA \ 11 listopada bardzo osobiście

numer 2482 - 14.11.2019Publicystyka

...że właśnie w tym momencie, 11 listopada 2019 r., mogłam w Warszawie, stojąc w tłumie na skraju pl. Piłsudskiego, uścisnąć rękę prezydenta Rzeczypospolitej (choć byliśmy po dwóch stronach barierki). Ale jeszcze większe – że mogłam pobyć wśród ludzi roześmianych, odprężonych.

Jest taki rodzaj szczęścia, który nie wiadomo, czy jest dostępny dla ludzi w jakimkolwiek innym kraju europejskim. I – może – na świecie. Oto, w obliczu tylu przywołań, symboli, pieśni, historia staje się nagle dla wszystkich tak samo jasna. Jak świeżo otwarta księga, a w niej strona, którą się właśnie przeczytało i można powiedzieć z czystym sumieniem: to wszystko prawda! To nie jest zbiór legend czy mitów. To nie są pobożne życzenia, to nie jest polityka historyczna, to nie jest propaganda patriotyczna. Tysiąc lat z kawałkiem najprawdziwszych zmagań, najprawdziwszych zwycięstw. I tak wiele krwi i łez.

„… stałam tak, jak stoi się w kościele”

Byliśmy przecież 11 listopada 2019 r. wielkim, falującym tłumem ludzi zgromadzonym przed zbiorowym grobem… Przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Na skraju Ogrodu Saskiego. Mając po jednej stronie gmach Zachęty, po drugiej Teatr Wielki, naprzeciw kościół Wizytek. Prezydent Andrzej Duda mówił do Polaków w sposób bardziej bezpośredni i bardziej swobodny niż zwykle. Nie wiadomo, czy odczuł ten nastrój Warszawy: Warszawy nie sztywnej, ale odświętnej, radosnej i uroczystej. Okrzyki: „Andrzej, trzymaj się”, „Panie prezydencie, zapraszamy!”, „Do nas tu, do nas, bardziej na wschód!”, rozbrzmiewały, gdy szedł do Pałacu Prezydenckiego. I wreszcie natknął się na tę malutką panią w okularach, z maleńką chorągiewką w ręku, która pół godziny wcześniej śpiewała, stojąc na baczność, wszystkie zwrotki „My, pierwsza brygada”, razem z wojskiem. Zamachała przyjaźnie i przytrzymała jego rękę, gdy podszedł i przywitał się z nią jak ze starą znajomą, po czym wygłosiła zwięzłe, dobrze przygotowane przemówienie, które zaczynało się od słów: „Panie prezydencie, ja bardzo pana szanuję, proszę tak czynić dla Polski dalej!”. Prezydent słuchał, nie przerywając i nie objawiając zniecierpliwienia. Było jakoś tak łatwo, swojsko, po prostu, zwyczajnie, jak w domu. Jak w rodzinie.

„Ludzie uczynni, w sercach niewinni…”

Dobrze się komponowało ze scenkami Festiwalu Niepodległa na tej warszawskiej ulicy o dziwnej nazwie, Krakowskie Przedmieście. Z muzyką ludową, z zadzierzystymi oberkami na dziedzińcu jednego z dawnych pałaców, z młodzieżą, która hurmem się do nauki tego oberka rzuciła, z przygrywaniem ulicznych orkiestr dętych, podwórkowych kapel, kawiarnianych skrzypków i braci Golców, którzy napełniali dźwiękami Trakt Królewski, najpiękniejsze miejsce Warszawy. I z wieczornym polonezem warszawiaków pomiędzy dwoma rzędami kamieniczek i pałacyków tej najstarszej ulicy stolicy.

Nagle usunęły się w głęboki cień snobistyczne knajpy i knajpki, pojawiły się przytulne miejsca, gdzie pachniały dobra kawa i rogale marcińskie, gdzie można było się ogrzać w ten zimny, wietrzny dzień



zawartość zablokowana

Autor: Ewa Polak-Pałkiewicz


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się