Kenia, czyli „This is Africa”

REPORTAŻ \ W drodze do afrykańskiej siedziby ONZ – kontrasty i realia Nairobi

numer 2491 - 25.11.2019Reportaż

Dotarłem do kraju, w którym na 47,5 mln mieszkańców aż 1,6 mln ma wirus HIV. Niemal co dwudziesty Kenijczyk między 15. a 49. rokiem życia jest nosicielem. W 2018 r. umarło z tego powodu 25 tys. obywateli tego wschodnioafrykańskiego państwa. Jednak co gorsza, w tym samym czasie kolejne 46 tys. zaraziło się wirusem.

Niektórzy się pocieszają, że liczba zgonów spada: w 2010 r. było ich aż 56 tys., po ośmiu latach już przeszło 30 tys. mniej. W tym samym czasie nastąpił spadek nowych zachorowań o 20 tys. – z pułapu 66 tys. rocznie przed dziewięcioma laty. Tyle że to śmiercionośne żniwo jest wciąż gigantyczne…

Barwy Afryki

Po przylocie z etiopskiej Addis Abeby w tłumie pasażerów czekam na lotnisku w Nairobi na otwarcie drzwi. Tłum gęstnieje. Cudzoziemcy i miejscowi. Nagle okazuje się, że wyjście jest zupełnie z drugiej strony. Potem usłyszę od dyplomaty jednego z krajów unijnych, że taka sytuacja jak ta to syndrom TIA. To akromin od „This is Africa”. Tak, to jest Afryka.

Tłum – ja wraz z nim – wypełnia formularze tutejszego ministerstwa zdrowia. Część pasażerów już skończyła, ja jeszcze mozolnie wpisuję, skąd przyleciałem, jakim rejsem i że na pewno w ostatnich dwu tygodniach nie byłem w Demokratycznej Republice Konga – siedlisku wszelkich chorób, a przy okazji skrajnej dyktatury. Jednak gdy formularz jest już niemal gotowy, przychodzi urzędnik i oznajmia, że jeśli przylecieliśmy z Etiopii, to niepotrzebnie wypełniamy te papiery... Tak, TIA.

Nie widać na lotnisku transportu publicznego do centrum miasta. Są tylko prywatne taksówki, raczej nieoznakowane, oczywiście z ceną umowną. Są jeszcze ubery na aplikację, niczym w Nowym Jorku i Warszawie, oraz auta wysyłane przez co lepsze hotele po ich gości. Jadę właśnie taką i notuję mój prywatny rekord: spędzam w aucie w drodze do Sankara Hotelu ponad trzy godziny!

Ocean ludzi na ulicach, placach, chodnikach. To też TIA. Masa dzieci. To przyszłość Kenii, przyszłość Czarnego Lądu. Na wielu samochodach i mikrobusach chrześcijańskie odwołania: „Ufam Bogu” etc. To też jest Afryka.

Nowoczesne i ładne budynki. Bloki obwieszone praniem: ubrania, pościel czy ręczniki na każdym balkonie. Przypomina to kraje bloku sowieckiego jeszcze niedawno temu. Ba, nawet na przychodni lekarskiej wisi pranie.

Kenia: kontrasty i źródła dochodu

Duże kontrasty społeczne widoczne są wszędzie. Na ulicach eleganccy mężczyźni w garniturach i panie jak z żurnala mijają się z biedotą czy żebrakami pukającymi w szyby samochodów. Ogrodzone apartamentowce dla wyższych warstw, dla ludzi zarabiających – w bardzo różny sposób zresztą – dziesiątki tysięcy dolarów, którzy swoim ochroniarzom płacą pensje w wysokości ledwie 70 dol.

Gdy wyjeżdżam z lotniska, widzę rzeźby zwierząt. Zachęcają, aby na Kenię patrzeć przez pryzmat safari i imponujących parków narodowych. Kenia żyje z safari, ale też łupi zagranicznych turystów, dla których ceny biletów wstępu do parków narodowych są wielokrotnie wyższe niż dla miejscowych. Kolejnym ważnym źródłem dochodów dla Kenii jest ONZ, która swoją siedzibę na kontynencie afrykańskim ma właśnie w Nairobi. Z tego ponoć naprawdę można dobrze żyć.

Ulewy, które przychodzą nagle i tak samo nagle mijają, unieruchamiają połowę drogi. Samochody i ludzie brną w potokach wody. Obojętnie, czy to boczna, czy główna ulica, widać dużo nowoczesnych aut i jednocześnie sporo całkiem obdrapanych staroci. Tu też nie sposób nie zauważać kontrastów. Auto przebija się przez uliczną chwilową rzekę, a ja dostrzegam billboardy z prezydentem kraju Uhuru Kenyattą. Widzę go też na pierwszych stronach gazet i na portretach w budynkach publicznych



zawartość zablokowana

Autor: Ryszard Czarnecki


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się