Narcyz ze słabością do Kanta

Moda i książki \ Rok temu zmarł Karl Lagerfeld

Kolczyki w formie kotka Choupette, bluza z komiksowym Karlem, szminki, sandałki, okulary, koszulki, torby i setki innych gadżetów – to dziedzictwo zmarłego przed rokiem niemieckiego projektanta mody Karla Lagerfelda. Na lotnisku we Frankfurcie stoi młoda dziewczyna z czarną płócienną torbą. Logo KL widoczne z kilku metrów. W Warszawie nastolatki wymieniają się uwagami o „kotkowych kosmetykach”, które złowiły na przecenie. Siwy narcyz z kucykiem żyje pozagrobowym życiem modnych ulic, zarówno w masowym kiczu, jak i luksusowych strojach z wybiegów kolejnych fashion weeków.
Sam o sobie mówił: „Jestem abstrakcją, marionetką manipulowaną przez samą siebie”. Nie tylko tworzył wielką modę, lecz także komponował zapachy perfum, prowadził galerie, bawił się w łowcę talentów. Do grona jego licznych muz zaliczały się aktorki Diane
Kruger, Julianne Moore, Tilda Swinton, modelki Jerry Hall, Claudia Schiffer i wiele innych. Był trudny w obyciu, narcystyczny, skoncentrowany na sobie i genialny. Niezależnie od tego, czy ogląda się archiwalne zdjęcia z pokazów Chanel z połowy lat 80., czy filmy z wybiegów z ostatnich lat, zachwyca klasa tkaniny, linii, francuska nonszalancja przełamana lagerfeldowską precyzją. W odróżnieniu od większości współczesnych kreatorów mody Lagerfeld nie oszpecał swoich modelek, wydobywał z każdej to, co najlepsze, podkreślał talię, akcentował kobiecość. Mimo to nie uniknął krytyki, że zatrudnia wyłącznie chude dziewczyny, co nie do końca było zarzutem uzasadnionym. Wiadomo, że bywał kapryśny i miał w głowie określony model kobiecej sylwetki, zdarzały mu się jednak przejawy ludzkiej serdeczności wobec „mniej modelkowych sylwetek”. Tak jak gest wobec Jerry Hall, ówczesnej żony Micka Jaggera. Hall wspomina w artykule dla „Vogue”: „To było w 1985 r., dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Karl specjalnie dla mnie uszył trzy piękne zestawy ciążowe Chanel i mi je wysłał. Czułam się cudownie w tak ślicznych ubraniach. Dużo później, gdy miałam już 52 lata, zaangażował mnie do swojej kampanii reklamowej, zrobił mi fantastyczne zdjęcia”.
A jednak nie tylko moda
Ponad 100 mkw. paraklasztornego pomieszczenia, w którym zgromadzono 80 tys. książek. Wszystkie zamiast banalnie stać, leżą jedna na drugiej na regałach wysokich na siedem metrów „ponieważ tak lepiej widać tytuły”. – Piękna tapeta, nieprawdaż? – pyta gospodarz tej niezwykłej biblioteki w paryskim mieszkaniu, zachwalając przy okazji jej walory akustyczne. Podobno dźwięk w tych ścianach rozchodzi się nie gorzej niż w wersalskiej operze. Kto wie, może nawet lepiej.
Niemieccy dziennikarze nie kryją zdumienia. Mężczyzna o białych włosach spiętych w kucyk, który otworzył przed nimi swój prywatny księgozbiór, to Karl Lagerfeld. KL – te dwie literki mówią wszystko i nic: kreator mody, ekscentryk, wielbiciel kotów. A przy okazji właściciel 300 tys. książek rozlokowanych w siedmiu mieszkaniach, pochłaniający z miną zblazowanego dandysa nawet kilkadziesiąt lektur dziennie.
Nie ma kredytów na przeszłość
Podobno doskonale wiedział, w którym miejscu jest dany tom, potrafił wysyłać współpracowników do jednego z mieszkań z precyzyjnym opisem miejsca książki, którą nagle zapragnął przeczytać. Taki pośrednik między Lagerfeldem a jego biblioteką otrzymywał polecenia typu: „Regał czwarty, rząd trzeci, druga od góry”. Odnajdywał tom i wracał z nim do Lagerfelda. I świat był znów na swój dziwaczny sposób uporządkowany. Tak jak lubił.
W 2013 r. w wywiadzie udzielonym dziennikowi „Die Welt” Lagerfeld, mówiąc o swoich pasjach, modę wymienił jednym tchem z czytaniem. To od niego zaczynał dzień – gazety i książki czytane godzinami, koniecznie w wersji papierowej, żadnych kompromisów. Uwielbiał dotyk papieru. I pracę. – Człowiek musi mieć poczucie, że zawsze mógłby coś zrobić lepiej, że jak będzie się lenił, nie pójdzie do przodu (…). Dopóki człowiek nie bierze siebie samego tak bardzo na serio, wszystko idzie w dobrym kierunku. Jednak z chwilą, gdy uwierzy, że jest świetny, że wszystko mu się już udało – następuje koniec. Nie ma kredytów na przeszłość – to jest stare niemieckie, żydowskie, berlińskie przysłowie – powtarzał.
A gdyby tak kupić sobie czas
Pasja zdobywania wiedzy zaspokajana intensywną, wręcz żarłoczną lekturą, i pasja kreowania mody, ale przede wszystkim samego siebie, były podwójnym motorem napędzającym go do działania. W branży mówiono o nim, że jest swoim największym tworem i mistrzem autokreacji. Znakiem firmowym były ciemne okulary i rękawiczki. Od połowy lat 70. Lagerfeld nie rozstawał się z okularami, które z każdym rokiem były coraz większe i coraz bardziej zaciemnione. Aby idealnie zmieścić się w wąskie garnitury, schudł 42 kg, pod koniec życia w jego garderobach wisiało ok. 500 takich lagerfeldowskich zestawów, w szufladach do kompletu piętrzyło się 200 par rękawiczek. Tylko książek miał więcej niż ubrań. I wciąż pragnął poszerzać swój zbiór. W 1999 r. przy paryskiej rue de Lille, nieopodal Saint-Germain, Lagerfeld założył 7L – własną księgarnię. Za nazwą 7L kryje się raj dla moli książkowych zainteresowanych nie tylko albumami poświęconymi haute couture, lecz także wszelkim pięknym i cieszącym oko oraz inne zmysły zagadnieniom, które odzwierciedlały wysokie wymogi estetyczne właściciela. Lagerfeld lubił fotografować się na tle swoich książek. Czarna, wychudzona postać hamburczyka z urodzenia, paryżanina z wyboru, pozująca przed regałami pełnymi kolorowych tomów… – nietypowy entourage jak na branżę, którą w porywach stać na kilka atrap książek wciśniętych w róg scenografii kolejnej sesji. – Mój problem z książkami już kiedyś opisał Schopenhauer: „Do każdej książki, którą się kupuje, należałoby kupić dodatkowy czas”. Ja ich przeczytałem masę. I muszę się nimi otaczać.
Nie trzeba mądrych słów
Kilka lat temu zapytany przez brytyjską dziennikarkę o swoje dzieciństwo, Lagerfeld zaskoczył ją brakiem sentymentu do czasu, który zazwyczaj ludzie sławni opisują z mniej lub bardziej egzaltowanym rozrzewnieniem. – Chciałem jak najszybciej dorosnąć, nie interesowały mnie zabawy z innymi dziećmi, nie miałem wiele wspólnego nawet z moją siostrą i drugą, przyrodnią. Byłem całkowicie odizolowany, siedziałem z boku i szkicowałem – wspominał.
Lagerfeld zmarł 19 lutego 2019 r. w wieku 85 lat. Odizolowany od świata, przed którym nie zamierzał się przyznać do choroby, do słabości. W otoczeniu swoich książek, być może ze szkicownikiem lub z tomikiem wierszy ulubionej poetki Catherine Pozzi na stoliku nocnym. Zapytany kiedyś o to, czy nie ma dość wszechobecnych tomów piętrzących się na podłodze, stolikach, wszędzie, odpowiedział: „Wręcz przeciwnie, ja się tym żywię”. Do jego ulubionych dań należały dzieła historyczne i filozoficzne, cenił sobie Kanta. „Im więcej abstrakcji, tym lepiej” – mawiał. Czytanie było sensem, ukrytym za blichtrem wybiegów i spojrzeniem sprytnie i celowo ukrywanym przed światem za czarnymi szkłami. Unikał jednak uczonych, przeintelektualizowanych dysput, lubił czytać i wiedzieć „dla siebie”, zatopić się w przemyśleniach. – [Nieustanny przymus czytania] jest niczym choroba, z której nie chcę być uleczony – przyznał trzy lata temu w rozmowie z dziennikarzami „Frankfurter Allgemeine
Zeitung”. A w chorobie tej wspierało go grono zaufanych poszukiwaczy książkowych pereł. We Francji, w Niemczech, Stanach Zjednoczonych miał ludzi, którzy przetrząsali w jego imieniu księgarnie, wydawnictwa, antykwariaty i dostarczali wszystko, co najlepsze i zgodne z oczekiwaniami zleceniodawcy. Skrojone na miarę wiecznie niezaspokojonego głodu wiedzy cara mody. Człowieka, który chyba najbardziej w świecie lubił siebie przy… lekturze. I święty spokój.

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Interesuje Cię pakiet wielu subskrypcji? Napisz do nas redakcja@gpcodziennie.pl

W tym numerze