Poluzować czy nie?

Niemcy \ Szukanie wyjścia awaryjnego

Jeszcze tydzień temu kanclerz Angela Merkel studziła emocje wokół możliwego poluzowania obostrzeń wywołanych epidemią koronawirusa. Sytuacja jest jednak dynamiczna. Już jutro Merkel i premierzy landów będą rozmawiać na temat złagodzenia restrykcji. Armin Laschert, premier Nadrenii Północnej-Westfalii już nakreślił wstępny plan rozluźnienia obostrzeń we własnym landzie. Czy jego pomysły przekonają pozostałych?
Berlin. Niedziela Wielkanocna. Park wokół pałacu Charlottenburg tętni życiem. Jakby czas się cofnął i żadnej pandemii nie było. Na trawnikach siedzą rodziny z dziećmi, ludzie spacerują z psami, zazwyczaj w parach, ale widać też większe skupiska. Nie wszyscy zachowują przepisowe 1,5 m dystansu. Wśród spacerowiczów dwie Polki mieszkające w Berlinie, obie w tym roku odcięte od możliwości spędzenia świątecznych dni w ojczyźnie. – To moja pierwsza w życiu Wielkanoc spędzona poza Polską i bez rodziny. Mieszkam w Niemczech od 20 lat, ale na święta zawsze wracałam do kraju – mówi „Codziennej” Marta. Lidce już zdarzyło się świętować z rodziną przez internet, nie zawsze mogła wyjechać, ma więc pewne doświadczenie w dzieleniu się jajkiem przed ekranem komputera. Jak spędziły Wielkanoc? Zakupy w rosyjskim sklepie, bo polski w okolicy zamknięto, ale w tym rosyjskim, o dziwo, są i polskie produkty. Żurek w torebce, biała kiełbasa, nawet… polski papier toaletowy. Skromne śniadanie wielkanocne, a potem spotkanie w parku, by pooddychać świeżym powietrzem. – W Berlinie wolno spacerować po parku, należy tylko zachować odstęp. Mieszkamy niedaleko głównej ulicy zakupowej Kurfürstendamm, sklepy i restauracje są pozamykane, ale berlińczycy przechadzają się ulicami, ludzie wolą iść pieszo niż korzystać ze środków transportu miejskiego. Przecież nie wszyscy pracują zdalnie. Ci, którzy muszą dotrzeć do pracy lub pomagają starszym czy chorym w uzupełnieniu zapasów, muszą się jakoś przemieszczać, a Berlin jest ogromny, odległości są spore. W metrze każdy pilnuje odstępu, kilka dni temu wracałam z pracy, pewna pani chciała usiąść, nie zachowując wymaganego dystansu trzech siedzeń, od razu podniósł się rwetes, kobieta szybko znalazła bardziej odległe miejsce, tak to tu wygląda – mówi Marta. – Policja nie wlepia mandatów, chyba że sytuacja jest skrajna, np. kilka osób idzie i nie zachowuje odstępu lub tak, jak to było w przypadku modlitw w meczecie w dzielnicy Neukölln, gdzie 300 muzułmanów spotkało się na modlitwie. To są wyjątkowe przypadki i wtedy są kary. Za spacer w parku nikt tu nikogo nie każe – dodaje Anna. Obie liczą na poluzowanie obostrzeń. W firmach, w których pracują, na razie nikogo nie zwolniono, pracodawcy zapewniają, że również w maju pensja będzie na czas, ale i tak każdy siedzi jak na szpilkach. U Lidki w związku z kryzysem pensje obniżono o 20 proc. Nie wyklucza się dalszych redukcji. Ludzie mają świadomość, że jeśli lockdown potrwa dłużej, mogą wylądować na bezrobociu. Wszystkie oczy są teraz zwrócone na Kanzleramt.
Od tygodnia w mediach trwa dyskusja, czy i ewentualnie kiedy Niemcy mogą pozwolić sobie na poluzowanie koronakryzysowych ograniczeń. Warunkiem podstawowym jest zmniejszenie wskaźnika reprodukcji wirusa. Wg danych Instytutu Roberta Kocha z 13 kwietnia, w Niemczech stwierdzono do tej pory 123 016 przypadków zachorowania na COVID-19, 2799 osób zmarło, 64 300 osób uznano za wyleczone. Najwięcej infekcji stwierdzono w Bawarii (33 015 zarażonych i 820 zmarłych), w Nadrenii Północnej-Westfalii (22 883 zarażonych i 518 zmarłych) i Badenii-Wittenberdze (24 570 zarażonych i 677 zmarłych). W ciągu przedostatniej doby w Niemczech stwierdzono 284 przypadki zachorowań mniej niż jeszcze dzień wcześniej. Pytanie, czy ten wskaźnik jest na tyle dający nadzieję, że epidemia spowalnia, by rząd federalny i premierowie landów zdecydowali się na poluzowanie ograniczeń.
Dwa modele życia: Bawaria kontra NRW
Tydzień temu w swoim cotygodniowym przesłaniu wideo Angela Merkel zapewniła, że o ile sytuacja zdrowotna w kraju na to pozwoli, życie publiczne wróci do stanu sprzed kryzysu. Merkel stwierdziła, że „istnieją co prawda pierwsze oznaki spłaszczania krzywej zachorowań, ale jest jeszcze definitywnie za wcześnie, by rozeznać pozytywny trend, i na pewno o wiele za wcześnie, by w jakimkolwiek punkcie rozluźnić surowe ograniczenia, które sobie narzuciliśmy”. W tym samym czasie Armin Laschert, premier Nadrenii Północnej-Westfalii, wbrew oczekiwaniom szefa MSW Horsta Seehofera nie zamknął granicy swojego landu z Belgią i Holandią i co istotne, otrzymał wsparcie dla swojej decyzji z Berlina. Sam Laschert mieszka w Akwizgranie leżącym bezpośrednio przy granicy. Argumentował, że w euroregionie życie ma charakter wspólnoty ponadnarodowej i tylko wspólnymi siłami można zahamować rozwój pandemii. Laschert od tygodni nalegał, by nie wprowadzać kontroli na granicy z Belgią i Holandią, ponieważ mieszkańcy euroregionu są ze sobą ściśle powiązani i często szpitale przyjmują pacjentów zza granicy. Na przykład chorzy na COVID-19 z Holandii są przywożeni do szpitali po niemieckiej stronie. Poza tym Laschert i landowy minister ds. transportu Hendrik Wüst przekonywali, że zamknięcie granic mogłoby odbić się negatywnie na łańcuchach dostaw i zaopatrzeniu Nadrenii Północnej-Westfalii w produkty spożywcze, warzywa, owoce, nabiał i mięso dostarczane z centrów logistycznych w Niderlandach i Belgii. I jeszcze jedno – spora część towarów ze Stanów Zjednoczonych dociera do landu z portów w Rotterdamie i Antwerpii. Fakt, że premier landu, który jako pierwszy na początku pandemii wykazywał największy wskaźnik zachorowań na COVID-19, teraz rusza kostki domina, które mają obalić rygorystyczne obostrzenia w całym kraju, należy traktować również w kategorii walki o schedę po kanclerz Merkel. Nie kto inny, jak premier Bawarii Markus Söder stoi na przeciwległym do Lascherta biegunie i apeluje o utrzymanie ograniczeń w mocy jak najdłużej. Obaj politycy w kryzysie wywołanym przez pandemię koronawirusa zostali zmuszeni do działań, które będą rzutować na ich przyszłe szanse na ubieganie się o kanclerstwo. Do tej pory sympatie społeczeństwa niemieckiego przechylały się na stronę Bawarczyka, ale w miarę obowiązywania obostrzeń Niemcy zaczynają się niecierpliwić, a lęk o przyszłość już po pandemii skłania coraz więcej osób do scenariusza powolnego, ale zdecydowanego odstępowania od ograniczeń. To z kolei szansa dla Armina Lascherta i jego planu wychodzenia z domów. Jeżeli więc jutro okaże się, że Angela Merkel i pozostali premierzy krajów związkowych przychylą się do propozycji wypracowanych w NRW, chadecy otrzymają silnego kandydata na kanclerza Niemiec, niejako w bonusie i jako produkt uboczny walki z pandemią.
Czego chce Laschert?
Premier NRW chce poluzowania ograniczeń i aby jego propozycja została potraktowana w Berlinie poważnie, zaprosił do prac nad planem wychodzenia z narodowej kwarantanny wybitnych ekspertów ds. prawa i epidemiologii. Wśród osób, które opracowały plan Lascherta, znalazł się nawet prominentny konstytucjonalista – prof. Udo di Fabio, były sędzia Federalnego Trybunału Konstytucyjnego. W 15-stronicowym dokumencie czytamy m.in. o planie stopniowego otwierania sklepów, ośrodków kultury, a nawet szkół. W dokumencie jest mowa o otwieraniu sklepów (chociażby odzieżowych), ale przy zachowaniu środków ostrożności, to samo dotyczy koncertów, restauracji, imprez kulturalnych. W mocy mają pozostać maseczki ochronne, rękawiczki, zachowanie odstępów – w przypadku lokali gastronomicznych również między stolikami. Stopniowe zmiękczanie restrykcji ma przebiegać równolegle ze zwalczaniem epidemii na poziomie ośrodków zdrowia i dalszej izolacji osób najbardziej narażonych na infekcję. Mówiąc krótko: ludzie mają mieć możliwość pójścia do pracy i wyjścia z domów, ale z zachowaniem ogromnej ostrożności. Jeżeli Angela Merkel przyjmie te rozwiązania, Niemcy już niebawem mogą zacząć luzować obostrzenia. Gospodarka z niecierpliwością czeka na rezultaty środowych rozmów, samo społeczeństwo niemieckie z mieszanymi uczuciami podchodzi do wyjścia z lockdownu. Aż 71 proc. społeczeństwa boi się, że zarazi innych, znane są przypadki ludzi tak przerażonych pandemią, że nie wiadomo, czy wyjdą z domów nawet, gdy uzna się to za możliwe. Psychika w czasie pandemii to w Niemczech temat rzeka. W planie Lascherta pojawia się teza, że po początkowej solidarności w obliczu pandemii należy się teraz spodziewać postępującej polaryzacji społeczeństwa niemieckiego. Ludzie z jednej strony boją się koronawirusa, z drugiej tracą nadzieję, że kiedykolwiek ich życie wróci do normy. W sukurs Laschertowi przyszła wczoraj Narodowa Akademia Narodowa Leopoldina, której naukowcy również pracują nad planem powrotu do względnej normalności. Badacze zalecają m.in. stopniowe otwieranie szkół podstawowych i gimnazjów. Już wiadomo, że kanclerz Merkel określiła plan Leopoldiny jako „bardzo istotny”. To dla wielu Niemców światełko w tunelu na stopniowe wychodzenie z narodowego undergroundu.

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Interesuje Cię pakiet wielu subskrypcji? Napisz do nas redakcja@gpcodziennie.pl

W tym numerze