Wsparcie dla mediów Strefy Wolnego Słowa jest niezmiernie ważne! Razem ratujmy niezależne media! Wspieram TERAZ » x

Jest aż za dobrze...

Dodano: 30/05/2020 - numer 2646 - 30.05.2020


Zdejmujemy maseczki, możemy iść do kina, życie wraca do normy. Można by powiedzieć, że jest dobrze. Jednak być może za dobrze... Wraz z luzowaniem obostrzeń do głosu doszły teorie o spisku lekarzy, o tym, że cały ten koronawirus to zawracanie głowy i żadnej pandemii nie było. Na plac boju wrócili antyszczepionkowcy. Już wypowiedzieli wojnę szczepionce na COVID-19, choć jeszcze jej nie ma. Może się okazać, że w wojnie z koronawirusem wygraliśmy tylko bitwę i zostanie on z nami, bo zlekceważymy przeciwnika.
W dzisiejszych czasach popularność zdaniem ogromnej rzeszy ludzi oznacza mądrość. Przykładem głośna już rozmowa między sportowcem a lekarzem na antenie TVP. Specjalista medycyny rodziny i chorób wewnętrznych lekarz Michał Sutkowski usłyszał w nim od siedmiokrotnego mistrza świata w windsurfingu Wojciecha Brzozowskiego, że cała ta pandemia to, kolokwialnie mówiąc, ściema. Ściema jest autorstwa lekarzy, którzy po prostu na tym zarabiają. Według Brzozowskiego zwykła, dobrze nam znana grypa pochłania więcej ofiar niż koronawirus. – Lekarz leje wodę i pewnie mu za to płacą. Spójrzmy prawdzie w oczy, mam dwóch kolegów, jeden zatrudnia 10 tys. ludzi. Drugi zatrudnia 20 tys. ludzi. Jedna osoba zdiagnozowana. Żaden nie zachorował, albo kasjerki są super odporne, albo ktoś kogoś naciąga. Nie słuchajmy tego, co mówią państwo opłacani. Mam koleżankę, która jest dziennikarką, ona ma znajomych lekarzy. W Los Angeles za dopisanie do diagnozy COVID-19 dostaje się 13 tys. dol. – mówił jeszcze Brzozowski. Ponieważ Brzozowski jest bardziej znany od lekarza, więc wielu ludzi uważa Brzozowskiego za bardziej kompetentnego w dziedzinie medycyny i dlatego warto na poważnie rozważyć jego argumenty. Teorie o tym, że w gruncie rzeczy zamrażanie krajów było bez sensu, a panika związana z koronawirusem jest nakręcana przez lobby medyczne i farmaceutyczne, są coraz popularniejsze. I paradoksalnie powrót do normalności te teorie wzmacnia.
Nie musieliśmy wybierać jak Włosi czy Hiszpanie
Dlaczego, pytają niektórzy, wygaszano całe kraje, jeśli zwykła grypa powoduje więcej zgonów na świecie rok w rok? Dlaczego mimo że liczba zachorowań na COVID-19 wcale drastycznie nie spada (i np. u nas wciąż notuje się po 200–300 przypadków na dobę), luzuje się obostrzenia? To po co je w ogóle wprowadzano? Na te pytania nie ma prostych odpowiedzi, choć są one znane od początku pandemii. Warto uświadomić sobie kilka spraw.
Po pierwsze, to nowy wirus i na dobrą sprawę nikt nie wiedział, jak będzie atakował ludzi. Na ile będzie zjadliwy, jak szybko będzie uśmiercał swoje ofiary i jaki przebieg będzie miała choroba osoby zarażonej. To oznaczało, że trzeba liczyć się z tym, że masowe zarażenia będą skutkować koniecznością masowej hospitalizacji i intensywnej opieki medycznej. To sytuacja inna niż w przypadku zwykłej grypy. Tu zdecydowana większość chorych zdrowieje przy przysłowiowej aspirynie w domach. Dlatego władze wielu krajów zdecydowały się na obostrzenia, by zapobiec rozsiewaniu koronawirusa, ale przy okazji także innych chorób. Obawiano się, że zabraknie miejsc w szpitalach, respiratorów i cały system się załamie. A wtedy ludzie zaczęliby umierać w domach. – Postawiliśmy sobie jasne cele, łatwe do przedstawienia, ale trudne do zrealizowania. Ten cel polegał na tym, żeby nigdy nie brakło łóżek i respiratorów. Udało się to zrealizować. Nigdy nie musieliśmy dokonywać trudnych wyborów tak jak Włosi czy Hiszpanie – zauważył premier podczas środowej konferencji.
Ale i tak w okresie epidemii grypy zaczyna brakować szpitalnych łóżek – zauważą sceptycy. To prawda. Co ciekawe, na samym początku koronawirusa w Polsce pojawiały się teorie, że to właśnie ten wirus stoi tak naprawdę za tym, że kurczy się liczba miejsc w szpitalach i zaczyna przybywać chorych. „Koronawirusa oficjalnie w Polsce nie ma, ale… wzrosła liczba zgonów z powodu grypy” – informował serwis Wiadomosci.com pod koniec lutego i przytaczał liczby: „W ubiegłym sezonie grypowym 2018/2019 zarejestrowano 150 zgonów z powodu grypy”. Gdyby surfer Brzozowski surfował w sieci równie sprawnie jak na wodzie, mógłby odnieść tych 150 zgonów do ponad tysiąca z ostatnich dwóch miesięcy. Czy dalej twierdziłby, że koronawirus to wymysł jakiegoś lobby? Jest ponad 1000 zgonów, a chorych jest ponad 22 tys. osób. W skali całej populacji Polski to na tyle niewiele, że trudno znać osobiście kogoś, kto zachorował. To, przyjmując 20 mln dorosłych w kraju, jest jedna na ponad 900 osób. Znam gminę pod Bydgoszczą, gdzie lekceważono koronawirusa do momentu śmierci starszego małżeństwa na COVID-19. Dopiero osobiste doświadczenie zmieniło postrzeganie sytuacji przez mieszkańców.
Wciąż jesteśmy bezsilni
Dane statystyczne grypy w skali świata nie mówią wszystkiego. Rzeczywiście grypa globalnie zbiera żniwo co roku. Jednak w krajach rozwiniętych, z większym poziomem higieny, ochrony zdrowia, dobrobytem, gdzie nie ma osłabionych z głodu czy pragnienia, odsetek zgonów z powodu grypy jest stały (cytowane wyżej 150 zgonów w sezonie grypowym 2018/2019). Z koronawirusem było i jest inaczej. Okazało się, że zaatakował on różne społeczeństwa bez różnicy, czy są bogate, czy nie, i czy są rozwinięte. To, co obserwowaliśmy np. we Włoszech, trumny wywożone wojskowymi ciężarówkami, nie było znane nam, ludziom Zachodu, od dekad. Z przerażeniem obywatele i elity spostrzegły, że jesteśmy narażeni na nieznaną zarazę podobnie jak swego czasu Indianie po wdarciu się na ziemie Europejczyków. Warto to sobie uzmysłowić. Przywlekliśmy do Nowego Świata swoje choroby (w tym grypę) i dla nas były one groźne, a dla Indian zabójcze. Są historycy, którzy szacują, że z powodu tych chorób zmarło 90 proc. populacji, zanim na dobre zaczął się podbój. Teraz okazaliśmy się tak jak Indianie narażeni na nieznanego sobie wirusa. Na szczęście okazało się, że nie jest tak groźny, ale nasza bezsilność jest wciąż wyraźna. Świadczą o tym stosowane terapie. Próbujemy leczyć komórkami macierzystymi z jednej albo morfiną z drugiej strony. Bo nie ma na razie leku ani szczepionki.
Nie lekceważmy przeciwnika
Opracowanie tej drugiej niby jest oczekiwane, ale już torpedowane przez celebrytów i antyszczepionkowców. Co się stanie, jeśli przyjmiemy optykę, zgodnie z którą nie ma o czym mówić, bo przecież ludzie nie umierają u nas na ulicach, można chodzić bez maseczki i iść do kina? Może się okazać, że sami, lekceważąc przeciwnika, jakim jest koronawirus, pozwolimy, by został z nami na długo. Bo on wciąż jest i luzowanie obostrzeń nie oznacza, że możemy przestać myć ręce i nie stosować zasad dystansu. Warto o tym pamiętać, bo zachęty, by na koronawirusa nie zwracać uwagi, będą padały z różnych stron. Jeśli już trzymać się teorii spiskowych, siła różnych lobby, które straciły na zamrażaniu gospodarek, jest dużo większa niż lobby medyczno-farmaceutycznego. Gracze na rynkach finansowych już grają „na koniec pandemii”, choć ta się jeszcze nie skończyła...
 
     

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gpcodziennie.pl

W tym numerze