Fetysz nowej normalności po niemiecku

Nowości wydawnicze \ Bez przekonania

Czy wstęp na masowe imprezy będzie możliwy wyłącznie za okazaniem negatywnego testu na koronawirusa i to takiego, który został wykonany w ciągu ostatnich 24 godzin? Czy miejscowości wakacyjne wprowadzą limity turystów, a uczestnicy targów będą musieli nosić chipy z GPS? Czy na standardowym wyposażeniu radiowozów znajdą się obok alkomatu podręczne zestawy do testowania na obecność korony? Te i inne pytania w rozdziale poświęconym pandemii i tzw. nowej normalności stawiają sobie autorzy wydanej w ubiegłym tygodniu w Niemczech książki „Neustaat”.
W ubiegłym tygodniu w artykule „Pomysł na nowe Niemcy” pisaliśmy o wydanej 3 czerwca na niemieckim rynku książce „Neustaat” („Nowe Państwo”, gra słów nawiązująca do „Neustart” – nowego początku), nad którą pracowało 29 posłów do Bundestagu i 34 ekspertów z różnych dziedzin. Jak się okazuje, nakład rozszedł się w kilka dni i szykowane jest drugie wydanie. Książka jest ciekawym, choć nie pozbawionym kuriozalnych wątków przykładem tego, jak politycy współodpowiedzialni za kondycję państwa potrafią wytknąć temu państwu błędy systemowe, ani słowem nie wspominając, że mieli udział w ich powstaniu.
Scyfryzuj kota, niech miauczy w sieci
Z jednej strony publikacja ma charakter pewnego zawieszonego w próżni rozliczenia z rozbuchaną biurokracją państwową, ze zjawiskiem wykruszania się kadry urzędniczej, ze zmianami demograficznymi i na rynku pracy, z pewną obserwacją zmiany nastawienia społeczeństwa niemieckiego do Kościoła (w sensie coraz bardziej postępującego odchodzenia Niemców i od instytucji, i od samej wiary), słowem: ze wszystkim, co w państwie działa mniej sprawnie lub nosi znamiona postępującej erozji. Z drugiej strony razi sprowadzanie prawie każdego problemu do schorzenia, na które panaceum jest wyłącznie cyfryzacja. Owszem, cyfryzacja jest ważna i potrafi ułatwić życie, ale mało finezyjna narracja zachwalająca jej walory sprowadza kwestię do poziomu telesprzedaży.
Wracając do erozji, książka niechcący raczej, ale jednak, dotyka również tej społecznej. W podrozdziale poświęconym transformacji, jakiej ulega społeczeństwo już częściowo scyfryzowane, autorzy piszą wprost, że tradycyjne więzi międzyludzkie się rozluźniają, że to, co przez wieki spajało społeczeństwa, wyznaczało reguły współżycia i dawało oparcie, zanika. „Kościołom, związkom zawodowym, partiom coraz trudniej jest pozyskiwać nowych członków. Spada zaangażowanie w różnych stowarzyszeniach, na znaczeniu zyskują tymczasowe akcje obywatelskie i NGO-sy. W scyfryzowanym świecie pękają tradycyjne więzi społeczne i są one zastępowane luźniejszymi, takimi jak: grupy facebookowe, śledzenie kont instagramowych i społeczności youtuberów. Struktury społeczne odchodzą w cień, indywidualizm wychodzi na prowadzenie” – czytamy. I z jednej strony czytelnik czuje podskórnie, że sprawy nie idą w dobrym kierunku, a z drugiej co rozdział jest konfrontowany z palącą koniecznością scyfryzowania wszystkiego, co się da. W imię walki o klimat, o wolność, o równouprawnienie, o szybkość, konkurencyjność, lepsze szanse na rynku pracy i edukacji, w trosce o stan gospodarki i ratowanie jej przed skutkami pandemii etc. I brakuje tylko postulatu cyfryzacji kota, psa oraz kanarka i przeniesienia ich ekologicznych avatarów na instagramowe konto.
Gejzer na miarę naszych czasów
W książce skupiono się zatem na ekonomii, Zielonym Nowym Ładzie, konieczności cyfryzacji, roli big data, nazywanych tu surowcami przyszłości, ale i schodząc na poziom analogowy – nakreśleniu absurdów prawnych, a raczej nadgorliwości w interpretowaniu prawa, co często prowadzi do sytuacji groteskowych, których nie powstydziliby się ani Gogol, ani A.G. Matoš. Jest też trochę o marnotrawieniu środków publicznych na słomiane projekty, ale bez specjalnej dociekliwości, zainteresowanym tym wycinkiem niemieckiej rzeczywistości więcej pożytku przyniesie lektura wydawanych co roku raportów Związku Niemieckich Podatników (Der Bund der Steuerzahler). A trzeba przyznać związkowi, że trzyma rękę na pulsie. Kilka dni temu na przykład informował na swojej stronie internetowej o planowanej budowie sztucznego gejzeru, który ma stanąć na rondzie w liczącym niewiele ponad 40 tys. mieszkańców mieście Monheim. Wysoka na 12 m sztuczna fontanna miała kosztować 415 tys. euro, teraz koszt wzrósł do 600 tys. euro. Po co kierowcom gejzer na małym rondzie? Tego nie wiadomo, ale już jest jasne, że aby instalacja działała jak należy, trzeba będzie trochę przebudować położony nieopodal ronda parking i postawić sygnalizację świetlną ostrzegającą przed możliwym wybuchem gejzeru. Lokalne problemy lokalnych społeczności w czasie pandemii? O tym jednak w książce „Neustaat” nie przeczytamy.
Za to jest wykład o zarazie
Autorzy poszli za to z duchem bieżących wydarzeń i w rozdziale poświęconym pandemii pokusili się zarówno o dobrą radę na przyszłość, proponując powołanie instytucji nazwanej tu Zdrowotnym NATO, jak i spojrzeli wstecz, uświadamiając czytelnikowi, że zarazy to nic nowego. Zdrowotne NATO miałoby powstać na fundamencie już istniejącego Europejskiego Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC), które zostało utworzone w 2005 r. i jak widnieje na stronie ECDC, „jest agencją UE, która ma skutecznie chronić obywateli Europy przed chorobami zakaźnymi”. Czarny humor podpowiada, by dodać, że siedzibą tej niezależnej europejskiej agencji jest Szwecja, państwo, które w pandemii wykazało się dość nonszalanckim podejściem do koronawirusa i wyrosło w tej materii na enfant terrible europejskiej wspólnoty. I na fundamencie tej instytucji miałoby powstać Zdrowotne NATO. Przewrotne. Pomijając wątek szwedzki, ciekawe, że eksperci narzekający na powolność niemieckiej administracji i doradzający odchudzenie aparatu biurokratycznego, doszli do wniosku, że Europa potrzebuje kolejnych instytucji, by w przyszłości lepiej reagować na zagrożenie epidemiczne. I jest coś, czego w tym pandemicznym rozdziale zabrakło. A mianowicie wzmianki o planie działania na wypadek pandemii, który powstał w Instytucie Roberta Kocha w 2017 r. Raport ma dwie części i liczy sobie w całości blisko 300 stron. Znalazł się w nim szczegółowy plan na wypadek pandemii. Instytut krok po kroku nakreślił w tym dokumencie rekomendacje zachowania w czasie pandemii, które w większości pokrywają się ze sposobem walki z pandemią koronawirusa zastosowanym w Niemczech. Szkoda, że w rozdziale tak istotnym bardziej skupiono się na informacjach o epidemii cholery w Hamburgu z 1892 r. niż na raporcie sprzed trzech lat, którego autorzy bardzo dokładnie przewidzieli pewną sytuację i dali wyraźne wytyczne, jak w niej postępować. Przy wielu zastrzeżeniach do Instytutu Roberta Kocha, instytucja ta okazała się bardziej przewidująca niż europejska agenda w Szwecji, na której autorzy „Neustaat” chcieliby zbudować Zdrowotne NATO. Swoją drogą, mogliby zostawić NATO w spokoju. I trochę przystopować ze sprzedawaniem każdego postpandemicznego obostrzenia jako nowej normalności. Tak, owszem, sytuacja wymaga nadzwyczajnych środków, ale i tak aż korci, by zacytować wytarty cytat z rozmowy Wolanda z bufetowym Fokiczem.

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Interesuje Cię pakiet wielu subskrypcji? Napisz do nas redakcja@gpcodziennie.pl