Dwie planety

FELIETON \ Polska Anno Domini 2020

numer 2682 - 13.07.2020Publicystyka

Tegoroczna kampania wyborcza pokazała przepaść między szeroko rozumianym obozem patriotycznym a lewicowo-liberalną opozycją. Mam wrażenie, że ten podział pogłębia się z wyborów na wybory. Nie widać też specjalnie mostów budowanych między tymi dwiema planetami. Planetą polską i planetą opozycji. Modne w niektórych środowiskach jest powtarzanie, że polityczny konflikt w Polsce przypomina krwawą rzeź między plemionami Hutu i Tutsi w Rwandzie i Burundi. To kompletny – choć efektowny – absurd.



Innym absurdem jest sugerowanie, że konflikt ten dzieli Polskę zgodnie z geograficznym podziałem. Północ i zachód – za liberałami i lewicą, południe i wschód za prawicą; wielkie miasta – obóz kosmopolityczny, mniejsze miasta, miejscowości, wieś – obóz patriotyczny.

Geograficzna polaryzacja Polski

to już przeszłość

To drugie wydaje się bardziej skomplikowane, niż się to przedstawia. To pierwsze jest fałszem, bo o ile tak było mniej więcej dekadę i trochę więcej temu, o tyle z wyborów na wybory Prawo i Sprawiedliwość odbija kolejne województwa, poszerzając strefę swoich wpływów. Dzieje się to szczególnie intensywnie i z godną podziwu systematycznością w ostatnich pięciu latach, gdy PiS jest u władzy.

Czy taka sytuacja układu w praktyce politycznej stricte bipolarnego, występująca przecież w klasycznej wersji w USA, a w Europie choćby w Irlandii, jest w polskich dziejach czymś nowym i zaskakującym? Jednak tak. Przestrzegałbym w sposób bardzo zdecydowany przed porównywaniem III RP z okresem II Rzeczypospolitej. Dlaczego? Przecież wtedy temperatura politycznych zmagań też była olbrzymia. Naczelnikowi Państwa Józefowi Piłsudskiemu zdarzały się wulgarne określenia odnoszące się do Sejmu RP, a w samym Sejmie posłowie zionęli do swoich przeciwników żywiołową niechęcią i, jako żywo, nie bawili się w Wersal. Jeśli ktoś czytał sejmowe diariusze z tamtego czasu lub choćby ówczesną prasę cytującą parlamentarne wystąpienia, to wie, o czym piszę. W Sejmie mówiono językiem niesłychanie ostrym, nie brano jeńców, argumenty ad personam były normą, a hejt, jak byśmy to dziś nazwali, unosił się nad sejmowymi fotelami, przypominając momentami nieco gorszą stronę sejmików szlacheckich i sejmów elekcyjnych.

II RP: dwa patriotyczne obozy i zdrajcy z KPP

Czy to, co jest teraz, jest kontynuacją ostrej walki politycznej z czasów I RP, a potem podczas odzyskanej państwowości polskiej w okresie między I a II wojną światową? Absolutnie nie. W II Rzeczypospolitej zdarzały się rzeczy haniebne, jak zabójstwo pułkownika Włodzimierza Zagórskiego, pobicie publicysty Adolfa Nowaczyńskiego, Brześć i Bereza Kartuska. Ale jednak były to spory pomiędzy patriotami, którzy często się nie znosili, często przesadzali w sporach i braku szacunku dla oponentów, ale niewątpliwie kierowali się interesem Polski, polską racją stanu, interesem narodowym czy państwowym. Komunistyczna Partia Polski (KPP), która chciała, aby Górny Śląsk trafił do Niemiec, bo miało to zwiększyć szansę na światową rewolucję mającą torować drogę Moskwie do zaprowadzenia „Pact Sovietica” – była na kompletnym marginesie. Także dlatego, że w polskiej opinii publicznej towarzysze z KPP uważani byli po prostu za zdrajców. Czy nam to coś przypomina?

Zwracam uwagę na wzajemne relacje między dwoma przywódcami największych orientacji politycznych czasów walki o niepodległość z okresu II RP. Mowa o Romanie Dmowskim i Józefie Piłsudskim. Oto dwóch polityków, w wielkiej mierze – tak, tak – pragmatyków. Dwie szkoły myślenia, działania, inne metody i środki, dwie orientacje, nieraz drastycznie sobie przeciwstawne. Ciekawe, że lider Obozu Narodowego Roman Dmowski, atakując PPS czy szerzej: nurt niepodległościowych socjalistów, z punktu widzenia wdrażania innej taktyki politycznej i ideologii, wyraźnie oddzielał Józefa Piłsudskiego od reszty socjalistycznych przywódców, uważając go – i podkreślając to publicznie – za człowieka uczciwego i prawego, który swoje życie, także osobiste, podporządkował sprawie niepodległości. Dmowski publicznie podnosił osobiste zalety Piłsudskiego, podkreślał, że jego polityczny przeciwnik świadomie znosił trud ukrywania się, zmiany miejsc pobytu, nieustabilizowanego trybu życia, wyrzeczeń. Mówiąc wprost: Dmowski uważał Piłsudskiego za szlachetnego idealistę w nieskłonnym raczej do wyrzeczeń społeczeństwie.

Właśnie taka była wymowa artykułu Romana Dmowskiego, który w 1903 r. opublikował w bardzo ważnym i opiniotwórczym piśmie obozu endeckiego – „Przeglądzie Wszechpolskim”. Tytuł owej publikacji mówił sam za siebie: „Historia szlachetnego socjalisty”.

Co prawda już rok, dwa lata po publikacji tego tekstu drogi Dmowskiego i Piłsudskiego całkowicie się rozeszły – w związku z różną oceną sytuacji międzynarodowej, ze stosunkiem do Rosji i stanowiskiem Japonii, do której przecież obaj udawali się z tajnymi misjami politycznymi. Jednak w latach późniejszych obaj ci przywódcy funkcjonowali na tej samej polskiej planecie.

Artykuł Romana Dmowskiego wywarł na Piłsudskim kolosalne wrażenie. Gdy „Dziadek” wyruszał na akcję ekspropriacji rosyjskich pieniędzy pod Bezdanami, napisał list, który jego zdaniem miał być jego ostatnim. Adresatem tej korespondencji przewidującego własną śmierć Piłsudskiego był Feliks Perl. „Komendant” tak pisał: „Chcę właśnie sobą, którego nazwano i szlachetnym socjalistą, i człowiekiem, o którym nawet wrogowie paskudztwa głośno nie powiedzą, człowiekiem zresztą, który ma trochę zasługi w kulturze ogólnonarodowej, podkreślić tę gorzką bardzo prawdę, że w społeczeństwie, które cofa się przed każdym batem, padając na twarz, ludzie muszą ginąć nawet w tym, co nie jest szczytnym, pięknym i wielkim” (za: „Idea i Czyn Józefa Piłsudskiego”, Warszawa 1934, s. 100).

To się już nie sklei?

Czy widać fundamentalną różnicę między tymi słowami i opisem relacji Dmowski – Piłsudski a językiem i praktyką postępowania Donalda Tuska wobec śp. prezydenta prof. Lecha Kaczyńskiego? Tak, te różnice są spektakularne. Sto lat temu konkurencyjni, ba, zwalczający się przywódcy różnych nurtów politycznych mieszkali, żyli, działali, znów używając tej przenośni – na tej samej planecie. Teraz już tak nie jest, niestety. Ale nie tylko teraz. Tak nie jest od co najmniej piętnastu lat. Od momentu, gdy Prawo i Sprawiedliwość wygrało prezydenturę na rzecz śp. prof. Lecha Kaczyńskiego, Platforma niespodziewanie przegrała wybory parlamentarne, „premier z Krakowa” okazał się sennym majakiem, a ludzie z dawnego Kongresu Liberalno-Demokratycznego kierujący PO wydali bezwzględną wojnę Prawu i Sprawiedliwości kierowanemu przez ludzi dawnego Porozumienia Centrum (z silnym komponentem ZChN).

Mówiąc słowami poety Jarosława Marka Rymkiewicza: „To co nas podzieliło – to się już nie sklei”...
Autor: Ryszard Czarnecki













#DziękujeMyZaOdwagę
reklama