Wsparcie dla mediów Strefy Wolnego Słowa jest niezmiernie ważne! Razem ratujmy niezależne media! Wspieram TERAZ » x

Sfilmować boskość

Dodano: 24/04/2014 - Numer 796 - 24.04.2014
mat.prom.
mat.prom.
„Niebo istnieje… naprawdę” to film, którego produkcja obarczona była dużym ryzykiem. Jak bowiem pokazać opowieść dziecka o… wizycie w niebie? Jak na język dużego ekranu przełożyć jego wizję nieba, aniołów i w końcu samego Jezusa, by nie narazić się na śmieszność albo banał? To zadanie niebiańsko – bo z pewnością nie piekielnie – trudne. Film powstał na kanwie książki o tym samym tytule. Jego czteroletni bohater Colton Burpo podczas bardzo poważnej operacji, będąc w stanie realnego zagrożenia życia, przeżywa coś, czego nie sposób pojąć rozumem. Po powrocie do zdrowia opowiada swojemu ojcu o tym, jak uniósł się nad łóżko, widział operujących go lekarzy oraz mamę przebywającą w innym pomieszczeniu i ojca w szpitalnej kaplicy. Dalej jest „wejście” do nieba i spotkanie z Jezusem. I nie jest to dziecięca fantazja, chłopczyk bowiem opisuje szczegóły, które potwierdzają autentyczność jego historii. Opowieści o życiu po życiu jest wiele. Nie wszystkie służą prawdzie. Ale są takie, które warto przytoczyć, które niosą dobro. Jednak dylematy, jakie wiążą się z przyjęciem opowieści Coltona są wielkie. I zresztą ukazanie tych dylematów jest jedną z największych zalet filmu. „Bądźmy znowu normalną rodziną!” – wykrzykuje z płaczem mama Coltona, która nie radzi sobie z doświadczeniem syna. Ojciec chłopca jest pastorem. Próba weryfikacji jego dotychczasowego, opartego na Biblii, wyobrażenia o Opatrzności, z opowieścią dziecka, okazuje się szokująca. W filmie podjęto karkołomną próbę pokazania skrawka nieba i Zbawiciela. Z punktu widzenia filmowca realizacja takiego przedsięwzięcia może być zawodowym samobójstwem. Bo czy można pokazać boskość? Czy można za pomocą animacji przedstawić anioły? Odpowiedź jest prosta. Nie można. Pytanie raczej brzmi, po co to robić? I dlaczego zdecydował się na ten zabieg bardzo poważny reżyser, wszechstronny filmowiec Randall Wallace? Znany z filmów „Pearl Harbor”, „Człowiek w żelaznej masce” czy „Braveheart – Walczne serce”. Czy nie bezpieczniej byłoby zmusić widza do oparcia się jedynie na wyobrażeniach? Dzięki odwadze reżysera film chętnie obejrzą również dzieci. A tych w kinowej sali nie brakowało. Do filmu pozyskano fantastycznych aktorów (Greg Kinnear i Kelly Reilly). Świetnie udało się też zbudować napięcie i tak poprowadzić narrację, by widz nie poczuł się przytłoczony tą opowieścią. By nie była ona narzucona. By pozostawiała miejsce na własną interpretację. W tym filmie jest bowiem też miejsce na refleksję. I choćby dlatego warto pójść do kina. Biorąc w nawias formę skazaną na ułomność, a skupiając się na próbie ukazania absolutu i sensu naszej chrześcijańskiej wiary. A wrażliwa struna religijności chrześcijanina zostaje tu bez wątpienia poruszona.
     

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gpcodziennie.pl

W tym numerze