Wsparcie dla mediów Strefy Wolnego Słowa jest niezmiernie ważne! Razem ratujmy niezależne media! Wspieram TERAZ » x

Qobustański przepychacz

Dodano: 23/05/2014 - Numer 819 - 23.05.2014
Wschodnie wybrzeże Azerbejdżanu, na południe od Baku. Słynna autostrada Salyan, kilka kilometrów do Morza Czarnego. Ze wzgórz widać nawet delikatny przybój morskich fal. Na półpustynnym górskim terenie. To tutaj znajdują się słynne w całym kraju qobustańskie gejzery. Na piechotę raczej tam nie dojdziecie. – A autobusy? – dopytuję. – Zwariowałeś? Tam nic nie ma. Tylko wulkany. No i gorące źródła… – Wulkany? – nie dowierzam, kartkując przy nim pospiesznie przewodnik po okolicach Baku. O wulkanach tam przecież nic nie pisali. – No, takie nasze „wulkany” … – tłumaczy się. – Tak je nazywamy. Rozumiesz, bo skoro gejzery… – Aha, w porządku. – To co? Wchodzicie? Podwiozę was – gestem ręki zaprasza nas do środka swojego mercedesa. – Ale my łapiemy stopa, nie mamy pieniędzy na taxi. – Po pięć manatów od łebka i jedziemy. – To 20 zł. Koleś szuka frajerów – odzywa się Wojtek, zarzucając plecak. – Chodźcie, dojedziemy tam na piechotę. W tym momencie za jego plecami słychać pisk opon. Przez otwartą szybę zatrzymującej się przy nas czarnej wołgi wychyla się chudy Azer. Ma pociągłą, smukłą twarz, a w ustach niezapalony papieros. Bez słów pokazuje, aby wchodzić. – Autostop? Bez dziengów? – próbuje ratować się rosyjskim Wojtek. Prawdziwy Azer nie wyjmie papierosa z ust, aby odpowiedzieć. Co to to nie! Kierowca potwierdza tylko skinieniem głowy. I znów macha, by wchodzić. Stojący po drugiej stronie szutrowej szosy szofer nie daje łatwo za wygraną. – A ty niby kto? Oni mieli jechać ze mną. – Nic nie mieli – oponuję, mocując się z plecakiem, który przez wielką butlę gazową w bagażniku nie bardzo chce się w nim zmieścić. Droga nie trwa długo, ale na piechotę raczej wolałbym jej nie pokonywać. Szare wzgórze, strome podjazdy. Siny krajobraz pustki. Nagle nasz driver odbija w prawo i zaczyna kierować się na naprawdę ostry pagór. – On chyba nie ma zamiaru tam się wtarabanić tym złomem? – wyrzuca z siebie Wojtek. – Obawiam się, że bardzo się mylisz, przyjacielu – odpowiadam cicho. Samochód o dziwo wjeżdża na wierzchołek. Tutaj teren jest już płaski. To początek większego plato. Na nim rozlokowane są mniejsze kopce. Jest i laguna. To nad nią zatrzymuje się szofer. – Tam macie gejzery – rzuca, wskazując palcem na nieodległe wzniesienie. I faktycznie. Krótki spacerek na jedno z okolicznych wzgórz zwieńcza widok na mały błotny gejzer z kotłującą się w nim gliną. Zaraz obok jest kolejny, i jeszcze jeden. Naprawdę sporo ich tutaj. Jeden obok drugiego, z wielkimi gazowymi bąblami powstającymi raz po raz. Wesoły widok. Wbrew intuicji bąblujące błoto wcale nie jest gorące, ale raczej chłodne i wydaje specyficzny odgłos: „lllup-lllup”. Trochę jak gumowy przepychacz do kanalizacji. I o ile odgłos wydobywających się z gejzerów bąbli przypomina procesy ssąco-tłoczące, o tyle sam spacer po okolicznym terenie to coś na kształt paradowania po jednej wielkiej połaci kitu. Zaschnięte twarde błoto sprężynuje. But niby w nim nie grzęźnie, ale spacerujący po nim ma wrażenie, że zaraz niechybnie się zapadnie. Dziwne uczucie. – To co? – zagaduje kierowca, gdy zawozi nas do znajomej knajpki pod gołym niebem. Obok biegnie nieczynna linia kolejowa. Dalej nie ma już nic. Pusto i dziko. Podejrzane miejsce. – Ale co „co”? Chodzi o pieniądze, tak? – dopytuję. – No coś moglibyście dać chyba, nie? – To po kiego nas oszukiwałeś? Było od razu tak. Nie tak się przecież umawialiśmy. – Oj, dajcie coś i będzie po sprawie. Z kieszeni wysupłuję dwa zmiętolone banknoty jednomanatowe. – Daj jeszcze jednego… – patrzy żebraczym wzrokiem. – Dałbym ci w nagrodę nawet i więcej. W nagrodę za fatygę i bezinteresowność. – Czyli dasz? – Nie. Bo nas oszukałeś. Stefan Czerniecki tekst i zdjęcia
     

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gpcodziennie.pl

W tym numerze