Wsparcie dla mediów Strefy Wolnego Słowa jest niezmiernie ważne! Razem ratujmy niezależne media! Wspieram TERAZ » x

Leśne oczy pod Lau-Lau

Dodano: 14/08/2014 - Numer 889 - 14.08.2014
Czuję się tutaj trochę jak intruz. Wiem, że to nie jest moje środowisko. Mało tego. Mimowolnie czuję się obserwowany. Oczy dżungli łowią ofiarę. Jak dobrze, że do łodzi jest tylko kilka kroków. Zaraz, zaraz! A gdzie ty się wybierasz? – Jak to gdzie? Idę się rozejrzeć – odpowiadam ze spokojem, nawet się nie odwracając. Indianin przez chwilkę milczy, zajęty sprzątaniem po kolacji. Swoją drogą, ten Carlos to niezwykle pracowity facet. Zdecydowanie odbiega od przeciętnego obrazu leniwego Indianina. Do tej pory – a płyniemy razem już dobre kilka dni – nie przypominam sobie widoku odpoczywającego Carlosa. Co wieczór kładzie się ostatni i wstaje o świcie jako pierwszy. Cały czas czymś zajęty. Majstrujący przy silniku od naszej łodzi. Dłubiący w bagażach. Zdecydowanie umiejący wypełnić sobie czas. Właśnie skończyliśmy ostatni posiłek dnia. Lada chwila będziemy układali się do snu w hamakach rozwieszonych pod daszkiem łodzi. Nie potrafię jednak tak po prostu usnąć w hamaku, postanawiam więc zbadać, co to za miejsce, do którego przybiliśmy tego wieczoru. – Tylko ich nie pobudź… – rzuca po chwili milczenia Carlos. – A co? Myślisz, że już się pokładli? – To na pewno. Tutaj w dżungli zasypia się równo ze zmierzchem. Nazywa się Lau-Lau. Osada, wioseczka, przysiółek? Przyznam się, że troszkę trudno znaleźć odpowiednie słowo do tego, co w tej chwili przede mną. Oto na brzegu Orinoko, na niewielkiej przesiece wśród dżungli stoi samotna chata z przykrytą słomianym dachem werandą. Z tyłu za nią widać jeszcze jakiś niski murek okalający ogród. Aha, no i jest też drewniana sławojka. Nieco dalej boisko i kilka domów z blaszanymi dachami. To tyle. Cały dobytek tutejszych mieszkańców. Naszą łódź zacumowaliśmy obok chatki ulokowanej przy tabliczce z nazwą miejscowości. Dom zamieszkuje rodzina z kilkorgiem dzieci. Co i rusz któreś wybiega przed chatę, by po chwili zawstydzone schować się w niej z powrotem. Rozchichotane, z czarnymi jak smoła oczami i gęstym włosami. Indiańskie dzieci z wioseczki Lau-Lau. Wraz z kilkoma jeszcze rodzinami są jedynymi mieszkańcami tego skrawka ziemi. – W takim razie będę uważać – rzucam w kierunku Indianina i ostrożnie stawiam stopę na zielonej skarpie. Mam świadomość, że przekraczam w tej chwili granicę obcego świata. Chociaż w porównaniu z mijaną do tej pory gęstwiną brzegu Orinoko, to dobrze zachowana polana. Jest nawet jakaś ścieżka. Bezleśny hektar. Może nawet ze dwa. Namacalny przykład ciężkiej i mozolnej pracy ludzkiej ręki. Ciągłego przycinania roślinności, odchwaszczania, niemającej końca walki z wciąż rozrastającą się dżunglą Amazonii. Gdyby ta rodzina opuściła swoje miejsce zamieszkania choćby na kilka miesięcy, nie miałaby prawdopodobnie do czego już wracać. Z niewielkiej polany, pozbawionego krzewów dojścia do rzeki, ścieżki prowadzącej do drzwi chaty pozostałaby jedna wielka, zielona masa poprzeplatanych gałęzi, lian, zarośli. Dżungla szybko odebrałaby to, co do niej należy. Teraz, po zmroku wszystko wygląda tajemniczo. Okoliczne drzewa, zarośla – całość przybiera dziwne, straszne kształty. I ten szept puszczy. Cykady, bzyczenie, szelesty, nieustanny szum… Gnany koniecznością, idę pod najbliższe drzewo. Przez kilka chwil pozostaję bez ruchu. Co to?! Coś ewidentnie prześliznęło się po moich plecach. Zimny dreszcz przeszywa ciało. „A może to tylko moja fantazja? Może to była tylko kropelka mojego własnego potu? Spokojnie…” – szepczę, dodając sobie otuchy. Czuję się tutaj trochę jak intruz. Wiem, że to nie jest moje środowisko. Mało tego. Czuję się obserwowany. Oczy dżungli łowią ofiarę. Jak dobrze, że do łodzi jest tylko kilka kroków. Czuję dziwne szczypanie w stopie. Pewnie wlazłem w jakieś osty. Przystaję, by sprawdzić. Wyostrzam wzrok. Potrzebuję przynajmniej kilku sekund, aby przyzwyczaić się do nowego odcienia ciemności. Coś przebiega po wielkim palcu prawej stopy. O, jest i następne! Nieee!!! Dopiero teraz dochodzi do mnie, co to tak naprawdę łaskotało mnie tam pod drzewem. Mrówkiiiii!!!! Kilkanaście wrednych, gryzących coraz silniej paskudztw. Wzrok jest już przyzwyczajony do ciemności – zauważam, że skarpa, na której stoję, to jedno wielkie mrowisko. Nie ma czasu, by się otrzepywać. Mrówcza inwazja twa. Uciekam na łódź. Stamtąd Lau-Lau wygląda bezpiecznej. Stefan Czerniecki tekst i zdjęcia
     

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gpcodziennie.pl

W tym numerze