Wsparcie dla mediów Strefy Wolnego Słowa jest niezmiernie ważne! Razem ratujmy niezależne media! Wspieram TERAZ » x

„Gazeta Polska” przeciwko szpiegom i zdrajcom ojczyzny

Dodano: 31/05/2016 - numer 1432 - 31.05.2016
Podczas powstania listopadowego „Gazeta Polska” stawała się sumieniem narodu, domagając się kary dla zdrajców, szpiegów i carskich zauszników. Na swoich łamach odkrywała prawdę o martyrologii narodu. Odsłaniała działania tajnej policji w Królestwie Polskim. Publikowała treść dokumentów Mackrotta, Rożnieckiego i Lubowidzkiego, z których wynikało, że w naszym kraju działało aż 5 tys. płatnych szpiegów, w tym 900 w samej Warszawie. Apelowała o upublicznienie ich nazwisk. Do ogólnej wiadomości podawała raporty specjalnych komisji, które badały tajną dokumentację i przesłuchiwały oskarżonych o szpiegostwo. Pierwsze komórki tajnej policji zaczęły powstawać już w roku 1813, gdy Rosjanie po klęsce kampanii napoleońskiej zajęli Warszawę, a od roku 1817 całym aparatem wywiadowczym sterował książę Konstanty – carski wielkorządca Królestwa Polskiego. Na usługach owego „belwederskiego Nerona” znaleźli się m.in.: baron Sass, Jerzy Kempen, Mateusz Schley i Henryk Mackrott. Tajnej policji wojskowej przewodził zaś generał Aleksander Rożniecki. W stolicy aż się roiło od szpiegów. Własnych agentów zatrudniali: szef Sztabu Głównego Dymitr Kuruta, wiceprezydent Warszawy Mateusz Lubowidzki i rosyjski namiestnik Nikołaj Nowosilcow. Wybuch powstania listopadowego pozwolił wreszcie Polakom wyrwać się spod kontroli tajnych służb. Kilkadziesiąt osób oskarżonych o szpiegostwo zostało aresztowanych. W zapiskach Tymoteusza Lipińskiego z 7 grudnia 1830 r. czytamy: „Ciągle łapią szpiegów i dostarczają na ratusz, tak dalece iż już miejsca brakuje na ich umieszczenie”. Niektórych powstańcy schwytali od razu, jak na przykład Antoniego Petrykowskiego, inni zaś z obawy przed publiczną zniewagą sami oddawali się w ręce władz. Lubowidzkiemu i Rożnieckiemu udało się zbiec przed pościgiem. Ciekawy okazał się przypadek Juliana Rycharskiego, który chciał schronić się w rodzinnym domu w Krzeszewie, lecz ojciec sam odwiózł go do Łęczycy i oddał komisarzowi obwodowemu. „Gazeta Polska” od pierwszych dni powstania prowadziła aktywną kampanię przeciwko tajnym agentom. Domagała się ich publicznego napiętnowania oraz postawienia przed trybunałem wojenno-rewolucyjnym. Tropiła też głośne afery szpiegowskie z udziałem osób wpływowych dawnego rządu. Czołowy publicysta dziennika, Jan Nepomucen Janowski, w swoim artykule wystąpił przeciwko hrabiemu Henrykowi Łubieńskiemu, który wypuścił z rąk powstańców jednego z najniebezpieczniejszych warszawskich szpiegów, współorganizując jego ucieczkę ze stolicy. A był nim znienawidzony przez warszawian wiceprezydent miasta Mateusz Lubowidzki, który w noc listopadową podczas napadu na Belweder został zraniony bagnetami, a następnie oddany do Szpitala Ujazdowskiego i tam dobrze strzeżony. Sam Janowski wspominał po latach: „Ja także umieściłem bezimiennie w »Gazecie Polskiej« mały artykuł przeciw postępkowi pana hrabiego, oraz dodałem, że prywatny jego sługa Koźmiński, nie mający prawa podług uchwały dyktatora być nawet prostym gwardzistą, został jednak za jego wpływem oficerem w gwardii narodowej. Artykuł mój, pamiętam dobrze, zakończyłem tymi słowami: »Będzie teraz komu pilnować sprawcę ucieczki Mateusza Lubowidzkiego. Wiwat protekcja!«”. Każda niemal sfera życia, jak czytamy w „Gazecie Polskiej”, poddawana była ścisłej kontroli. Okazuje się, że szpicle upodobali sobie w szczególności Uniwersytet Warszawski – centrum nauki i życia duchowego narodu. Głównym zaś „szpiegiem uniwersyteckim” był Henryk Mackrott, który poszedł w ślady ojca – fryzjera i osobistego informatora cesarzewicza Konstantego. Zyskał zaś takie zaufanie wśród akademików, iż wybrano go do odśpiewania rewolucyjnej pieśni wymierzonej w tyranów i szpiegów. Mackrott pozostawił po sobie aż kilkadziesiąt tomów raportów, które sporządzał po francusku, na gustownych różowych arkusikach, pięknym kaligraficznym pismem. Teatr natomiast opanowany został przez agentów pracujących dla Rożnieckiego i Lubowidzkiego, którym wypłacano za każdy w nim pobyt 2 złp, w tym fundowano bilet na przedstawienie. Szpiedzy przenikali też do kręgów wojskowych. Ukryci w oberżach i bilarach podsłuchiwali rozmowy żołnierzy, by ich treść powtórzyć potem naczelnemu wodzowi. „Myśli obywatelskich szukano nawet w kloakach” – czytamy w dzienniku z 24 stycznia – czego dowodem był donos złożony Mackrottowi 19 października 1830 r. W publicznej toalecie odnotowano wówczas podejrzaną rozmowę dwóch mężczyzn: „Czy mówiłeś z Józefem i Karolem? Nie. To nic nie znaczy, że te hultaje nas się boją. Gdy się przekonają, że to nic, będą się mieli za bezpiecznych, a my swojego dokażemy, lecz mnie chodzi tylko o jednego pułkownika. Trzeba czekać na odpowiedź z Poznania”. Obiektem wzmożonej obserwacji tajnej policji stało się miejsce pochówku Stanisława Staszica, wielkiego uczonego, społecznika i patrioty, któremu po śmierci Polacy oddawali cześć na warszawskich Bielanach. Na jego „niebezpieczny dla despotyzmu” grób pielgrzymowała młodzież akademicka, duchowieństwo, urzędnicy, wojskowi… Spotkać tu można było znane osobistości, m.in. ministra sprawiedliwości Ignacego Sobolewskiego, bp. Edwarda Czarneckiego, romantycznego krytyka Maurycego Mochnackiego czy artystkę dramatyczną Teresę Palczewską. Ale despota czuwał, by grobowiec wielkiego Polaka nie stał się obiektem narodowego kultu. Oto z „Gazety Polskiej” dowiadujemy się, że Mackrott obmyślił jedną z najohydniejszych intryg szpiegowskich, wysyłając na Bielany swojego agenta…
     

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gpcodziennie.pl

W tym numerze