Wsparcie dla mediów Strefy Wolnego Słowa jest niezmiernie ważne! Razem ratujmy niezależne media! Wspieram TERAZ » x

Józef Ignacy Kraszewski na czele „Gazety Polskiej”. Wielka podróż po Europie

Dodano: 11/10/2016 - numer 1545 - 11.10.2016
190 lat „Gazety Polskiej”\  Zdumiewało Kraszewskiego zachowanie Wenecjan, jakże kontrastujące ze sposobem wyrażania religijności przez Europejczyków z Północy: „Włosi z Panem Bogiem są wcale w innych niż my stosunkach, poufalsi, zażylsi, pobożność pojmują inaczej. Procesja wydawała się jakby jakaś wystawa pamiątek, popis bogactw i ubiorów…” – o tych i innych wspomnieniach pisarza z podróży do Wenecji przeczytają Państwo w kolejnym dodatku do najbliższego wydania tygodnika „Gazeta Polska”.

Część 3

Agnieszka Kowalczyk

Czytelnicy „Gazety Codziennej” w 1860 r. z zapartym tchem śledzili kolejne etapy pierwszej wielkiej podróży Józefa Ignacego Kraszewskiego po Europie. Redaktor naczelny naszego pisma odbywał ją od maja do października 1858 r., a jej trasa była imponująca. Od rodzinnego Żytomierza wiodła przez Warszawę, Kraków, Wiedeń do Włoch, z którymi jego artystyczna dusza odczuwała więź szczególną. W czasie zwiedzania Wenecji, Padwy, Genui, Florencji, Rzymu, Neapolu stawali przed nim jak żywi mistrzowie wszech czasów – Leonardo da Vinci, Michał Anioł, Rafael Santi, Donatello, Anton van Dyck… Najważniejszym punktem na mapie jego podróży stało się Wieczne Miasto jako Stolica Piotrowa i sanktuarium sztuki. Klimat artystyczny Italii owładnął Kraszewskim bez reszty, utrwalając w nim nierozerwalny związek ze sztuką włoską. Dalsza podróż odbywała się już statkiem do Marsylii przez Tulon i Nizzę, wiodąc wprost do Paryża, gdzie pisarz zatrzymał się na dłużej. Później zaś przez Brukselę, Kolonię, Frankfurt, Lipsk i Berlin wracał do domu, na ukochany Wołyń.

Relację z części tej pasjonującej wyprawy zamieścił w „Gazecie Codziennej”, odsłaniając przed czytelnikami jedno z najbardziej tajemniczych miejsc północnej Italii. Była nim Wenecja – ów „gród z morza”, który wznieśli wieki temu uciekający przed pogromem Hunów Włosi z okolic Padwy. Oczom pisarza ukazała się jednak nie owa wyśniona „majestatyczna królowa Adriatyku”, ale Wenecja w ruinie – zimna, blada, zbiedniała. Mimo jej widocznego upadku z każdego miejskiego zaułka przemawiał do Kraszewskiego duch przeszłości i geniusz artystów. Największe wrażenie uczyniła na nim bazylika św. Marka – serce miasta, ów „zlepek wieków, dziś jeszcze lśniący od marmurów, mozajek i złota! Słupy z kosztownych kamieni są to zdobycze Wenecji wydarte Grecji i Wschodowi”. Oglądana w mrokach wieczoru świątynia zdawała się nie tracić nic z uduchowionej atmosfery przeszłości. „Na ciemnym nieba szafirze jasno, srebrzysto występowały linie budowy, niezliczone jej kolumny, delikatne rzeźby, a zabłąkane światełka, migając na tle mozajek wywoływały z nich jakby żywe postacie Chrystusa i świętych… ”.
Gmach kościoła niepodzielnie króluje nad placem św. Marka, nazwanym przez Napoleona „najpiękniejszym salonem w Europie”. Ta całość „okazała, dziwna i fantastyczna” stanie się scenerią procesji w czasie Bożego Ciała, gdy „martwa Wenecja na chwilę powróci do życia”. Podczas tej wielkiej uroczystości Kraszewski łączy się z tysięcznym tłumem i z nienasyconą ciekawością przypatruje odświętnemu pochodowi. A szły w nim bractwa w obrzędowych strojach, niosąc złocone latarnie z olbrzymimi świecami, obrazy świętych w drogocennych ramach, to znów relikwiarze z mnóstwem figur, posągi, krucyfiksy… Uwagę przykuwały dzieci przebrane za świętych, zwłaszcza za małych Janów Chrzcicieli z żywymi barankami na rękach. Po tych „olśniewających wspaniałościach, które końca nie miały”, ukazał się patriarcha z Przenajświętszym Sakramentem pod złotym baldachimem. Wokół rozbrzmiewała muzyka, a w porcie dawano ognia z dział. Kraszewski z uwagą przyglądał się też ludowi. Dostrzegał jego pospolite, trywialne rysy. Kobiety odznaczały się „dziką brzydkością” i na próżno szukał wśród nich piękności z obrazów Giorgiona i Tycjana. Ciągle przesuwały się przed jego oczyma „twarze nędzą, cierpieniem i pracą wyżółkłe i zmęczone. Był to lud widocznie dożywający kresu dni swoich i przeznaczony na śmierć…”. 



Zdumiewało Kraszewskiego zachowanie Wenecjan, jakże kontrastujące ze sposobem wyrażania religijności przez Europejczyków z Północy: „Włosi z Panem Bogiem są wcale w innych niż my stosunkach, poufalsi, zażylsi, pobożność pojmują inaczej. Procesja wydawała się jakby jakaś wystawa pamiątek, popis bogactw i ubiorów, nikt, ale [to] nikt dokoła nie modlił się, szeptali, rozmawiali, śmiali się, palili cygara, popijali lemoniadę, zajadali ciasteczka… wyglądało to na zabawę ludową”.

Niezapomnianym przeżyciem dla pisarza było przepłynięcie gondolą przez Canal Grande, nad którego brzegami wznosiły się zabytkowe gmachy, ruiny i pozostałości pałaców po zgasłych weneckich rodach. Zachwyciła go XV-wieczna rezydencja Foscarich, w której komnatach gościł niegdyś uciekający z Polski król Henryk Walezy. Stary przewoźnik Beppo pokazał mu następnie pałac Mocenigo, w którym mieszkał lord Byron z piękną Margaretą Cogni i tu tworzył swojego „Don Juana”. Płynąc gondolą, podziwiał kolejno pałace – Balbi ochrzczony poetycznie Domem Desdemony, Vendramin-Calergi ujmujący powagą stylu oraz na wpół zrujnowany Fondaco dei Turchi – kiedyś własność książąt Ferrary, a potem gospoda dla kupców tureckich. Najbardziej urzekł Kraszewskiego Pałac Złoty – Casa d’Oro  – „śliczne pieścidełko” w rodzaju gotycko-wschodnim.

Dla naszego pisarza Italia miała w sobie wciąż ognistego ducha walki, którego moc objawiła się w pełni w 1859 r., gdy cały Półwysep Apeniński ogarnęło wrzenie. Oto rozpoczął się wielki proces zjednoczeniowy Włoch, któremu przewodził władca Piemontu i Sardynii – Wiktor Emanuel II wspierany przez wybitnego męża stanu Camillo Cavoura oraz nieustraszonego wodza Giuseppe Garibaldiego, o którego bohaterskich wyczynach pisała często „Gazeta Codzienna”… Kraszewski na łamach pisma wtajemniczał Polaków w sytuację polityczną Włoch jednoczących się i wypierających z kraju wojska austriackie. Całym sercem był z bojownikami o wolność, bo w ich walce widział niepodważalny dowód na to, że rozdarta między zaborców Polska też może w przyszłości odrodzić się w swych dawnych granicach.

Relację z części tej pasjonującej wyprawy zamieścił w „Gazecie Codziennej”, odsłaniając przed czytelnikami jedno z najbardziej tajemniczych miejsc północnej Italii. Była nim Wenecja – ów „gród z morza”, który wznieśli wieki temu uciekający przed pogromem Hunów Włosi z okolic Padwy. Oczom pisarza ukazała się jednak nie owa wyśniona „majestatyczna królowa Adriatyku”, ale Wenecja w ruinie – zimna, blada, zbiedniała.
 
Mecenas projektu PKO Fundacja
     

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gpcodziennie.pl

W tym numerze