Bolesław Prus jako pozytywista w „Gazecie Polskiej”

​190 lat „Gazety Polskiej”

numer 1655 - 21.02.2017Luzem

Idzie sobie bardzo wolno, laskę trzyma w obu dłoniach i patrzy zza okularów. […] Włosy siwiejące, futro rozpięte, wielkie kalosze zabłocone po literacku. Niepozorna taka kreaturka – a to Prus, ten wielki psycholog ludu, ten optymista i satyryk nasz […]. Taki niezdara, podobny do Gogola […] pisze tak cudowne rzeczy!” – ten ciepły portret naszego wielkiego pisarza wyłania się z „Dzienników” Stefana Żeromskiego. Zanim jednak Aleksander Głowacki, bo tak w istocie się nazywał, zasłynął jako autor „Lalki”, pierwsze kroki stawiał na niwie dziennikarstwa. Swoje niezliczone artykuły, felietony i utwory literackie zamieszczał w przeróżnych warszawskich pismach, w tym także w „Gazecie Polskiej”.

Szybko stał się mistrzem felietonu, co udowodnił na łamach naszego dziennika wiosną 1874 r., kreśląc kilka obrazków z warszawskiej ulicy. „Zapaćkane okna, poplamione chodniki, napowietrzne rusztowania, wysokie drabiny i przeszkody, które można omijać lub przeskakiwać, nadają kamienicom wysoce wiosenny charakter”. Jest to prawdziwe „obdzieranie gmachów ze skóry”, przesłoniętych kłębami smolnego dymu z asfalciarskich kotłów. Na ten widok nawet zaglądający tu wieśniak „strasznie szeroko otwiera gębę i żegna się, myśląc o potępieniu wiekuistym”. Do tego dochodzą wieści, że wiosną w Warszawie śmierć zbiera krwawe żniwo, bo raz po raz jedna z drabin obsuwa się, jedno z huśtawkowych rusztowań pęka, jedna z postaci szorujących okno nazbyt się wychyla i u stóp wystraszonego przechodnia pada zdruzgotany trup sługi albo murarza. Natychmiast wokół nieszczęśnika zbiera się tłum gapiów, prasa rozpisuje się głośno o tragedii, a za kilka dni powtarza się ten sam scenariusz. Na łamach „Gazety Polskiej” Prus protestował będzie przeciw tym oburzającym praktykom „ulicznej gimnastyki”, domagając się trwałych i pewnych rusztowań, na które z łatwością mogła się zdobyć ówczesna inżynieria.

Felietony stały się dla Prusa rodzajem służby społecznej. „Widziałem nasze niedostatki – pisał – […] i co tydzień je wskazywałem. Ubezpieczenia na życie, kanalizacja, towarzystwa sportowe, szkoły techniczne, tanie porady prawne i lekarskie, instytucje finansowe, kąpiele i mnóstwo, mnóstwo innych rzeczy ciągle snuły się w moich kronikach”.

Tak więc gdy tylko dowiedział się o pożarze fabryki przędzalniczej w Zawierciu, natychmiast wsiadł w pociąg Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, by dotrzeć do nieszczęsnej osady. To, co zobaczył, było jedną wielką ruiną. Popalone warsztaty, szyny, koła trybowe tworzyły olbrzymi stos żelastwa, pogruchotane mury groziły zawaleniem. Tylko machiny parowe, te „strachem przejmujące kolosy”, stały nietknięte. Wokół piętrzyły się sterty doszczętnie spalonych szmat i całe sztuki tkanin w połowie uratowanych – mokrych i pokrytych miałkim węglem. Jeszcze bardziej przerażała Prusa sytuacja przeszło tysiąca robotników, którzy z dnia na dzień pozbawieni zostali pracy i chleba



zawartość zablokowana

Autor: Agnieszka Kowalczyk


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się




reklama










#DziękujeMyZaOdwagę
reklama