Wstydliwy temat: patologie transformacji

​przemianY \ Zachodni kapitał szukał w Polsce zysków, a nie dobra społeczeństwa

numer 1684 - 27.03.2017Publicystyka

Na początku transformacji demiurdzy III Rzeczypospolitej zapomnieli o tym, że sama zmiana stosunków ekonomicznych nie wystarczy dla pozytywnej przemiany ustrojowej i społecznej. Więcej: często nie interesował ich fakt, że nowe formy kolonialnych zależności mogą wypchnąć na margines życia obywatelskiego sporą część społeczeństwa. Dobrodziejstwa demokracji liberalnej szybko okazały się rozrywką dla wielkomiejskiej nowobogackiej inteligencji.

Właśnie to w znacznej mierze ustawiło procesy zachodzące w ciągu kolejnych dekad przemian. Spór między Polską „niską” i „wysoką”, Polską uboższą i zdecydowanie bardziej ograniczoną w możliwościach kulturowo-ekonomicznych a Polską superbeneficjentów transformacji nigdy się nie wyciszył. Wzajemna niechęć przybierała różne formy i odsłony, przeróżne zawierano sojusze – sam spór nie wygasł nigdy. I wciąż możemy go rozpoznać choćby w konfliktach wokół programu Rodzina 500+, co jest o tyle groteskowe, że ustawodawca nie ograniczył projektu do uboższej części społeczeństwa.

Sufit a sprawa polska

W jednym z poprzednich felietonów dla „Codziennej” („Tani i głupi jak Polak? Jak hartowała się III RP”) wspomniałem o „brygadach Marriotta”, czyli zachodnich specjalistach od prywatyzacji Polski. Nieco później przypomniałem sobie, że rozdział na temat tego zjawiska napisał prof. Witold Kieżun na kartach „Patologii transformacji”. A skoro spory oddźwięk wśród Czytelniczek i Czytelników wzbudził ten tekst, to przecież warto przypomnieć jedną z fundamentalnych rodzimych prac o naszych przemianach ustrojowych i społeczno-gospodarczych.

Fenomen „brygad Marriotta” dobrze pokazuje, w jaki sposób część ówczesnych zarządców III RP tak chętnie zaakceptowała metody przejmowania lokalnego kapitału przez centra zachodnie. Zwracały uwagi solidne stawki za eksperckie wizyty w Polsce: np. 40 tys. dol. za 7-tygodniowy pobyt, zwrot kosztów podróży i zakwaterowania. Autor „Patologii transformacji” wskazuje, że wiele powstałych wówczas dokumentów, suto opłaconych także przez stronę polską, operowało wciąż na tych samych uproszczonych analizach i wnioskach. Mówiąc młodzieżowym slangiem, nierzadko mieliśmy do czynienia z dobrze opłacaną ściemą.

Prof. Zbigniew Nagórski, emigracyjny socjolog i politolog, tak mówił o tym w 1992 r. na łamach paryskiej „Kultury”: „Niestety duża część funduszy idzie nie na bezpośrednią pomoc gospodarczą, ale na opłacenie konsultantów. Większość z nich to ludzie niezorientowani w sytuacji politycznej i gospodarczej Polski. Obserwuję całe plejady ekspertów, którzy przyjeżdżają do Polski, wynajmują pokoje w Marriotcie i piszą raporty nie bardzo odpowiadające polskiej rzeczywistości. I na tym kończy się ich działalność. Później na tej podstawie powstają koncepcje nie do zrealizowania w Polsce”. Nawet jeśli uznamy, że ta obserwacja nie dotyczy wszystkich ówczesnych ekspertyz, to i tak wciąż pozostaje pytanie, ile decyzji podjęto na podstawie wniosków płynących z sufitu.

Centrum i półperyferie

Wnioski z powyższego są dość oczywiste: odpowiedzialna polska wizja modernizacyjna właściwie wówczas nie istniała. Z jakimi skutkami? Oddajmy głos prof. Kieżunowi: „Olbrzymie Zakłady Wytwórcze Urządzeń Telefonicznych w Warszawie, Węgrowie i Bydgoszczy, które miały znaczący udział w rynku telefonicznym w ZSRR. Tę zaawansowaną firmę przejął niemiecki Siemens tylko po to, aby w ramach tzw. wrogiego przejęcia zlikwidować zakupione polskie zakłady, produkcję przenieść do Niemiec i przejmując kontakty handlowe, wejść na gigantyczny rosyjski rynek”



zawartość zablokowana

Autor: Krzysztof Wołodźko


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się




reklama










#DziękujeMyZaOdwagę
reklama