Jak prawicę na futro przerobić

​PRZYRODA \ Krwawy biznes, bezwzględny lobbing

numer 1755 - 22.06.2017Publicystyka

Fasadowe organizacje, olbrzymi lobbing i „eksperci”, którzy prześcigają się w pomysłach, jak przekonać polityków i opinię społeczną do tego, że owiany złą sławą przemysł futrzarski to nasze srebro rodowe. Na odcinek polskiej prawicy ruszyła właśnie ofensywa propagandowa branży „zerwiskórów”. Mają pieniądze, wpływy i determinację. Gra idzie o miliony.



Niedługo do laski marszałkowskiej ma trafić projekt nowelizacji ustawy całkowicie zakazującej hodowli w naszym kraju zwierząt na futra. I choć większość Polaków popiera ów zakaz, w obronie krwawego biznesu toczy się olbrzymia polityczno-biznesowa walka.Na początek statystyka. Tylko w 2014 r. w Polsce zabito 8 mln norek, 75 tys. lisów, 10 tys. jenotów i 60 tys. szynszyli. Gdyby położyć jedna za drugą zabite w tym jednym roku norki, sznur ciał sięgałby z Warszawy gdzieś w okolice Pakistanu (4000 km, dla przeciętnej długości norki 0,5 m). Ale zanim byśmy zaczęli je układać, trzeba je najpierw zabić. Albo ośmioma milionami uderzeń w głowę, albo ekonomiczniej – w komorze gazowej (tak, tak). Ewentualnie strzałem z broni palnej. To jednak „szczegóły techniczne”.



Owszem, skala ubitych zwierząt jest porażająca. Także dlatego, że nasz kraj jest drugim co do wielkości pod względem liczby zwierząt hodowanych na futro w Europie. Według oficjalnych danych w Polsce jest ponad 700 ferm zwierząt mięsożernych, co plasuje nas na drugim miejscu w Europie (za Danią). Jak się jednak okazuje, gigantyczne, należące do potentatów fermy norek stanowią zaledwie 6 proc. wszystkich ferm i odpowiadają za ok. 50 proc. produkcji. Co więcej, część z nich to nowe fermy hodowców z Holandii, gdzie wprowadzono niedawno zakaz hodowli.



Życie w klatce



O warunkach, w jakich przebywają zwierzęta i jak są traktowane, mówiono wiele. Zdjęcia ferm niespełniających wymogów sanitarnych, zwierzęta traktowane w przerażający sposób, przetrzymywane w kojcach, które ograniczają ich przestrzeń do minimum. Przykładowo – lisy mają na fermach ok. 0,5 mkw. terytorium. Dla porównania, gdyby w podobnej skali ograniczyć przestrzeń człowiekowi, spędziłby on całe życie w boksie o powierzchni niecałego metra kwadratowego i wys. 1,9 m.



Działalność „zerwiskórów” – przedsiębiorców z branży futrzarskiej – jest w Polsce szeroko krytykowana. Od obrońców praw zwierząt, przez mieszkańców terenów przylegających bezpośrednio do imperiów nielicznych farmerów, wreszcie po Najwyższą Izbę Kontroli i tych polityków, z których nie wyparowała jeszcze empatia.



Eksperci zwracają uwagę (raporty Najwyższej Izby Kontroli przeprowadzone w latach 2009–2014) na to, że na fermach zwierząt futerkowych dochodzi do zastraszającej liczby nadużyć. Cóż poradzić, skoro z oficjalnych danych Powiatowych Inspektoratów Weterynarii wynika, że średni czas kontroli na fermie wynosił niecałe 1,5 godz. Można sobie wyobrazić, jak wyglądało to w miejscach, w których zwierząt jest kilkadziesiąt tysięcy. Dane mówią o tym, że średnio 2 proc. norek na fermach pada z powodu nieleczonych chorób, agresji innych osobników albo autoagresji. Łatwo policzyć – na fermie, na której jest 100 tys. zwierząt, może paść ich aż 2 tys.



Dużo więcej o tym, jak wygląda ferma od środka, mówią prywatne śledztwa, przeprowadzane przez obrońców zwierząt nie tylko z takich organizacji jak Otwarte Klatki czy Viva (ta sporządziła nawet profesjonalną mapę polskiego przemysłu futrzarskiego), ale i prywatnych osób, puszczających drony nad fermy. Kanibalizm, padanie z głodu, choroby, smród rozkładających się ciał i zwierzęta spędzające większość życia w towarzystwie własnych odchodów – to tylko niektóre z obrazków. W internecie łatwo znaleźć filmy z oszalałymi norkami, które miotają się po klatkach, czekając, aż ich futro będzie na tyle „dojrzałe”, by uwolnić je od koszmaru życia w fatalnych warunkach.



Fakty i mity



„Fermy zwierząt futerkowych są wyrzucane z krajów zachodnich i przenoszą swoją działalność właśnie do Polski (...). Nie ma powodu, byśmy byli takim śmietnikiem Europy czy niechcianych hodowli” – powiedział poseł PiS-u Krzysztof Czabański.



Słowa Czabańskiego są uzasadnione. Polska nie jest rynkiem zbytu dla futer. Dość powiedzieć, że 80 proc. skór z Polski trafia do Chin, a 20 proc. do Rosji. W naszym kraju kobieta w futrze kojarzy się mentalnością wschodnich nowobogackich. W porównaniu z Moskwą czy nawet Lwowem, próżno zimą szukać na ulicach polskich miast dam odzianych w lisy, norki czy szynszyle. Co więcej, Polacy gremialnie są przeciwko hodowli zwierząt na futra. W badaniu GfK na pytanie „Czy jest Pani­­

/Pan za zmianą prawa, które wprowadziłoby w Polsce całkowity zakaz hodowli zwierząt na futra?” „zdecydowanie tak” odpowiedziało 33 proc., a „raczej tak” 34 proc.



Skoro więc i wpływowi politycy, i społeczeństwo są zgodni, że działalność „zerwiskórów” jest nad Wisłą niemile widziana, to w czym problem. Jeśli nie wiadomo o co chodzi, zazwyczaj chodzi o pieniądze. Biznes futrzarski stał się żyłą złota dla hodowców.



Jan Drabina i Ukraina



Lobbyści od skór i futer przekonują o konieczności trwania branży, która w Polsce ma rzekomo zatrudniać 50 tys. osób. Ten ostatni argument jest powtarzany jak mantra, podobnie jak ten o lobby niemiecko-rosyjskim naciskającym ponoć na wprowadzenie w Polsce zakazu hodowli. Oba argumenty są niewarte funta kłaków.



Skąd wzięto fantastyczną liczbę 50 tys. zatrudnionych? „Nie posiadamy danych dotyczących liczby osób zatrudnionych w przemyśle futrzarskim” – odpisał „Codziennej” rzecznik Ministerstwa Rolnictwa. Tymczasem Jan Drabina, hodowca z Noskowa, przyznał w 2011 r., że na fermie, gdzie trzyma 20 tys. zwierząt, zatrudnia... siedem osób. Tak więc na bardzo dużej fermie zatrudnienie (sezonowo) znajduje 20–30 osób, a na sporej (20 tys. norek)… 5–7 osób. Rzeczywista liczba pracowników w tej branży jest więc szacowana na kilka tysięcy. Raport organizacji Fur Europe wskazuje, że przy fermach w całej Europie znajduje pracę 60 tys. osób.



Polacy zresztą niezbyt garną się do takiej roboty – dlatego w ukraińskim internecie dość łatwo można znaleźć ogłoszenia oferujące pracę na polskich fermach. Już ich treść budzi zastrzeżenia. Pracownikom proponuje się urągające godności warunki. I tak skierowane „tylko do kobiet” ogłoszenie mówi o „ciężkiej pracy ze zwierzętami”. Łaskawy pracodawca oferuje za nią...

7,5 ­­­zł/godz., (stawka minimalna w Polsce wynosi 13 zł). Praca ­10–12 godz. dziennie, 6 dni w tygodniu. Kwestia pracy za takie stawki wydaje się odpowiednia dla Państwowej Inspekcji Pracy.



Inna ferma (w Koźminie Podlaskim) oferuje 8–12 zł za godzinę. To ostatnie miejsce jest znane z kontrowersji. Na początku br. tamtejsi radni wypowiedzieli się przeciwko niekontrolowanej rozbudowie przemysłowych ferm. „Trzeba się zastanowić, czy w gminie nie wystarczy już ferm i indyczarni. Mamy ich sporo, a to powoduje w społeczeństwie konflikty” – mówił cytowany przez serwis Naszemiasto Marek Krzyżanowski, radny z Czarnego Sadu. Ostatecznie plan rozbudowy przeszedł...



Platforma w skóry odziana



Tymczasem słowo o branży, której przedstawiciele i lobbyści przekonują, że bez nich nie dość, że zawali się budżet, to jeszcze zabraknie pieniędzy na program 500+ (taki argument spotkałem w dyskusji na jednym z serwisów społecznościowych).



W Polsce przemysł futrzarski jest skupiony wokół kilku związków i stowarzyszeń, które wraz z politykami i pozującymi na ekspertów lobbystami starają się wpłynąć na bieg zdarzeń i zablokować proponowany zakaz hodowli.



Główne postacie futrzarskiej układanki są związane z Platformą Obywatelską. Starczy wymienić Zbigniewa Ajchlera, obecnego posła na Sejm, czy senatora Piotra Gruszczyńskiego. Ale w ponadpartyjnym lobby znajdujemy także polityków b. Ruchu Palikota czy Kukiz’15



zawartość zablokowana

Autor: Wojciech Mucha


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się