Facet z mocnym ciosem

numer 1937 - 29.01.2018Warto posłuchać

Na koncertowych zdjęciach wygląda na prawdziwego twardziela. Nic dziwnego, rockowy perkusista musi mieć w sobie coś z groźnego faceta. Rzecz w tym, że WAWRZYNIEC DRAMOWICZ, jeden z luminarzy metalu, raz zagra z ikoną tej muzyki – zespołem Destruction – na wielkim ­festiwalu na Karaibach, kiedy indziej z Filharmonią Narodową. Kameleon?

To, że jest mistrzem trash metalu i rocka we wszelkich jego odmianach, nie przeszkadza, by za kilka dni zagrał z Krzysztofem Pendereckim, Sinfonią Varsovią albo Filharmonią Narodową. Obecnie gości na listach przebojów z zespołem Lunatic Soul, a za dwa dni wsiądzie na wielki statek turystyczny, na którym zagrają najsłynniejsze zespoły heavymetalowe na świecie. Co tu ukrywać, Dramowicz gra w ekstraklasie tej z natury bardzo dynamicznej muzyki. Oto rozmowa z rockmanem.

Jak to muzykowanie się zaczęło?

Cała muzyczna historia miała swój początek w Warszawie w latach 80. w domu przepełnionym płytami z muzyką klasyczną oraz jazzową. W tym specyficznym okresie mój tata sporo podróżował, zatem w domu pojawiały się winyle Pata Metheny’ego, Santany, Milesa Davisa, Billy’ego Cobhama, Freddiego Hubbarda, Lionela Richiego, Whitney Houston oraz innych szanowanych i kochanych przez nas wykonawców. 

Zróżnicowane, i to nawet bardzo, te Twoje korzenie i zasłuchanie…

Uczestniczenie w różnorodnych muzycznie projektach zawsze uważałem za wyzwanie, ale też niezwykle ekscytujący sposób dogłębnego poznawania muzycznych odcieni  znajdujących się na różnych biegunach. Jest tam muzyka klasyczna, trash metal, rock progresywny, blues oraz muzyka pop. 

Trudno raz być perkusistą rockowym w tym najcięższym wydaniu, a potem we fraku zasiąść przy trójkąciku?

Oczywiście, że trudno, jeżeli nie istniejesz w obu światach muzycznych od młodości. Jednego dnia grasz dla szalejącej stutysięcznej publiczności na słynnym festiwalu rockowym Rock in Rio, by za chwilę grać, jak wspomniałeś, na trójkącie w Studiu Lutosławskiego lub w sali koncertowej Filharmonii Narodowej w Warszawie. Choć poziom adrenaliny może się różnić, poziom zaangażowania w doskonałe wykonanie moich partii jest dokładnie taki sam. Na domiar doświadczenie pozyskane w pozornie przeciwstawnych muzycznie przestrzeniach pomaga mi w koncentracji. To wszystko się uzupełnia. Ćwierćnuta w muzyce klasycznej czy rocku jest taka sama. Można ją zagrać dobrze, czyli równo, albo źle. Bez względu na gatunek muzyki.

Perkusista to zawód fizyczny. Czyż nie tak?

Perkusista najczęściej nie ma swojego instrumentu pod palcami. Musi do niego sięgnąć, pochylić się, przenieść, ustawić. Oczywiście grając na zestawie perkusyjnym całą tę cięższą muzykę, należy być przygotowanym fizycznie. Jeżeli chcesz przebiec maraton, musisz się do tego odpowiednio przygotować. Aby zagrać półtoragodzinny koncert rockowy, również musisz być w topowej formie fizycznej. Nie należy jednocześnie zapominać o technice gry na perkusji w sensie wirtuozowskim – akademickim, która według mnie jest wytrychem do wszystkich wspomnianych odmian muzyki. Pytasz, czy gra na zestawie perkusyjnym to zawód fizyczny. Owszem. Poprawne rockowe uderzenie w werbel to ponad 100 decybeli. I masz odpowiedź. 

Opisz w kilku słowach swoją artystyczną drogę. 

Prawdziwa, profesjonalna artystyczna droga miała swój początek w Kanadzie, gdzie miałem zaszczyt zagrać kilka koncertów z Montreal Symphony Orchestrą, studiując na Uniwersytecie w Montrealu. Kolejne kroki to powrót do Polski i udział w projektach muzycznych Sinfonii Varsovii, jak również gościnne występy w Filharmonii Narodowej w Warszawie. Równolegle starałem się rozwijać umiejętności gry na zestawie perkusyjnym, co w końcu zaowocowało współpracą z legendą niemieckiego trash metalu, zespołem Destruction



zawartość zablokowana

Autor: Piotr Iwicki


Pozostało 51% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się