Głodna niedziela

numer 1974 - 13.03.2018Publicystyka

Kwestia zakazu handlu w niedzielę jeszcze jako teoria budziła spory i emocje. Praktyka przyniosła również histerię i obudziła dość niskie instynkty części pracodawców. Zamykanie sklepów o godz. 24 w sobotę i otwieranie ich równo z początkiem poniedziałku nie ma raczej uzasadnienia ekonomicznego.

Wygląda to tak, jakby chodziło po prostu o odegranie się na pracownikach. Pozostaje mieć nadzieję, że kilka podobnych weekendów każe sieciom supermarketów zweryfikować tę strategię.

Ustawa ma zarówno zwolenników, jak i przeciwników, i każda ze stron jest w stanie przedstawić sensowne argumenty. Rozmowa jednak stała się niemożliwa, gdy opozycja zaczęła siać panikę. Polska miała się stać w niedzielę krajem głodnym, złym i ponurym. Polacy zaś mieli Prawu i Sprawiedliwości „nie wybaczyć”. Ryszard Petru poszukiwał poprzez media społecznościowe sygnalistów, którzy będą donosili mu o przypadkach otwierania sklepów wbrew nowym przepisom. Być może jest to sposób na podratowanie partyjnych funduszy.

Zakaz, którego nie czuć

Nowoczesna zwołała na niedzielę konferencję prasową w jednym z warszawskich centrów handlowych. Na miejscu jej członkowie nie zastali jednak dziennikarzy, mogli zobaczyć natomiast w galerii liczne otwarte małe punkty sprzedaży. Konferencja ostatecznie się nie odbyła. O ile jednak zrozumiałe, że PO i Nowoczesna stają w obronie… wpadających do nas na zakupy niemieckich konsumentów, dziwi postawa PSL-u. Przecież ustawa w obecnej formie stwarza szanse nie tylko drobnym prywatnym właścicielom, lecz również rolnikom, zyskującym okazję, by bezpośrednio, w sytuacji pojawienia się na rynku luki, sprzedawać własne produkty. Zamiast zauważyć tę możliwość, ludowiec, poseł Paweł Bejda, ograniczenie handlu w niedzielę porównuje do… podejmowanych przez komunistów prób zniechęcenia ludzi do obecności na mszy św. Oprócz polityków zabawnie wypadły też media oczekujące na możliwość przeprowadzenia niemal „transmisji na żywo z końca świata”. Zamiast niej trafił się im co najwyżej fotoreportaż z galerii, w której w sobotę nie było większego niż zazwyczaj ruchu.

Nic nie wskazuje na to, by działo się coś niepokojącego. Ludzie wykorzystali piękną, ciepłą niedzielę, głodny nikt zdaje się nie chodził i tylko w sobotę niektóre sklepy ogarnęła ciżba zakupowiczów tak wielka, jakby szykowali się na tygodniowe oblężenie lub co najmniej długi weekend. Kwestie, takie jak kłopoty pracowników zmuszonych do pracy w nowych, niewygodnych godzinach, lecz również tych, którzy pracowali dorywczo wyłącznie w weekendy, rozwiąże ta sama niewidzialna ręka rynku, w którą nagle zwątpiła ostatnio duża część jej wolnościowych wyznawców. Od kilku lat mieliśmy w kalendarzu dni ustawowo wyłączone z handlu w dużych placówkach, w które sprzedawać swój towar mogli jedynie właściciele sklepów. Sprawdzało się to bez większych problemów, dziwi więc aż taki opór przeciw rozciągnięciu tego systemu na część niedziel. Pokazuje to też, że hasło o „zakazie handlu” jest całkowitym fałszem – wystarczy zerwać się ze smyczy kilku dużych, zagranicznych graczy i poszukać swojego sklepu osiedlowego. Być może będzie otwarty.

Niepokorni nie chcą działać

Przeciw nowym przepisom zdecydowanie wypowiadają się dziennikarze, uważający się za zwolenników rynku i wolności gospodarczej. Oni również nie zauważają jednak faktu, że nowe rozwiązania mogą być dla tych wartości mocnym wsparciem, faworyzują bowiem drobnych kupców i przedsiębiorców, przynajmniej częściowo przywracając tym samym naruszaną przez sieci supermarketów równowagę. Każe to się zastanowić, czy faktycznie chodzi więc o rynek, czy tylko o „ryneczek” któregoś z większych graczy



zawartość zablokowana

Autor: Krzysztof Karnkowski


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się