Na granicy Zachodu i skansenu komunizmu

numer 2002 - 16.04.2018Publicystyka

Nasi z kontrwywiadu tu byli! W strefie zdemilitaryzowanej, na granicy komunistycznej Korei i Korei Południowej, gdzie rządzą chłopcy z UN Military Command, jest pokój, do którego przyprowadzają różnych ważnych gości, a ci zostawiają pamiątki.

Znajdziemy tu specjalny podarunek od szefa sztabu armii Tajlandii, od paraolimpijskich reprezentantów USA w snowboardzie czy ukraińską makietkę. Ale jest też polski proporzec SKW z hasłem Służby Kontrwywiadu Wojskowego „Salus Patriae – Suprema Lex”. W ostatnim budynku w DMZ, czyli strefie zdemilitaryzowanej (w środku jest też linia demarkacyjna), z którego zabraniają nawet robić niewinne zdjęcia „naszych” umocnień, dostrzegam gablotę z fotografiami VIP-ów, którzy byli tu w ostatnich latach. Jest Hillary Clinton – przyjechała tu jako sekretarz stanu pierwszego gabinetu Obamy, szwedzka księżniczka, premier Orbán i prezydent Komorowski (na szczęście nie wchodził na krzesło jak w sąsiedniej Japonii).

Korea Południowa – część Zachodu

Pilotują nas żołnierze: amerykański i nowozelandzki. Ich rodacy i przedstawiciele kilkudziesięciu innych krajów, też pod sztandarem ONZ-etu, uratowali przed 65 laty połowę Korei dla Zachodu. Dzisiejsza ROK – angielski skrót od Republiki Korei, geograficznie jest południowa, ale politycznie jak najbardziej zachodnia. Jeszcze kilkanaście lat temu liczba jej mieszkańców była porównywalna z populacją w Polsce, ale dzisiaj w państwie ze stolicą w Seulu mieszka ponad 50 mln obywateli, czyli ok. 0,7 proc. wszystkich ludzi na całym globie. Ciekawe, że prawie nikt stąd nie emigruje – wyjeżdża ledwie 0,01 proc. osób rocznie. Przyjeżdża natomiast niemała liczba imigrantów: sporo z nich to Koreańczycy spoza ojczyzny, w wielkiej mierze z Chin, dużo jest pracowników z Azji Południowo-Wschodniej i Środkowej, ale też dziesiątki tysięcy „białych kołnierzyków” z Europy i Ameryki Północnej. Przyjeżdżają do kraju, gdzie ludzie długo żyją. Według danych ONZ średnia wieku wynosi niemal 82 lata, a w wypadku kobiet to aż 85 lat!

Może dlatego żyją dłużej, bo żyją w wolności? Na granicy komunistycznego rezerwatu KRLD i wolnej Korei Południowej słychać bardzo głośną muzykę. Przez olbrzymie głośniki skoczne takty wędrują w stronę Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej: to współczesna koreańska wersja zakazanych piosenek. Parę kilometrów dalej za słuchanie, jak to się oficjalnie określa, wywrotowej muzyki idzie się do obozu koncentracyjnego. W wersji oficjalnej obozy nie istnieją, ale wszyscy wiedzą, że funkcjonują znacznie lepiej niż szpitale w tym skansenie komunizmu. Zlokalizowane są na przeciwległym krańcu państwa – przy granicy z Chinami. Panują tam prawa okrutniejsze niż w sowieckich łagrach, gdyż mają funkcję raczej umieralni niż obozów, gdzie następuje resocjalizacja więźniów i pranie mózgów.

Północnokoreański skansen, czyli po ciemnej stronie mocy

Słucham opowieści człowieka, który odwiedził zwykły szpital w stolicy Korei Północnej – Pjongjangu. Nie klinikę dla dyplomatów, gdzie panują znośne warunki, choć odbiegające mocno od zachodnich standardów, lecz szpital dla zwykłych obywateli spod czerwonego sztandaru. Pierwszy znak rozpoznawczy to odór rozkładających się ciał. Nie, nie trupów. Żywych ludzi skazanych w praktyce na szybki zgon – nawet nie na powolne umieranie. Zaduch nieleczonych ran unosił się wszędzie. Brakuje lekarstw, środków przeciwbólowych. Zamiast wyciągów na połamane kończyny stosowano drewniane bale.

Zachodni dyplomaci akredytowani w KRLD otrzymali jednoznaczne polecenie pokazania, w jaki sposób… składują tamtejsze gazety! To nie pomyłka. Odpowiednim funkcjonariuszom mieli przedstawić, czy okazują należyty szacunek dla władcy tego komunistycznego kraju i właściwie układają stosy starych egzemplarzy. Chodziło o należyte potraktowanie pierwszych stron, gdzie zawsze pojawiają się zdjęcia Kim Dzong Una. Co ciekawe, wielu szefów placówek, zwłaszcza z Europy Zachodniej, posłusznie wykonało to polecenie, prezentując stosy starannie posegregowanych gazet. Dyplomaci z „naszego świata” są w Korei Północnej często krócej niż ambasadorzy w innych krajach. Nie wytrzymują psychicznie. Część z nich co miesiąc, pod różnymi pozorami, wymyka się choćby na parę dni do raju, czyli do komunistycznych Chin (sic!). Tam ma być normalniej.

Tu muzyka nie łagodzi obyczajów

Na granicy dwóch Korei muszę zatykać uszy przez nieznośnie głośną muzyką, która przez monstrualne megafony wędruje na komunistyczną stronę. Jak jazz w latach 50. muzyka znów staje się orężem ideologicznym świata Zachodu. Wolność Koreańczycy z Południa promują przez skoczny pop. W drodze rewanżu z głośników umieszczonych po stronie Północy słychać ryczącą propagandę: megafony dostarczają „otumanionym sługusom Ameryki” agitkę, jak dobrze jest w KRLD i jak strasznie w niemarksistowskiej ojczyźnie. A więc mamy na granicy obu państw koreańsko-koreańską kakofonię. Wpływowy niemiecki polityk z rządzącej CDU nachyla się do mnie i mówi, lewo hamując śmiech: „a ustawmy na naszej granicy takie głośniki, np. w Szczecinie (choć jego babcia stamtąd pochodzi, nie wie chyba, że granica RP i RFN jest jednak dalej), i wy będziecie puszczać Radio Maryja, a my przemówienia kanclerz Merkel...”.

Patrzę przez lornetkę na „ciemną stronę mocy”. Widzę kilometry całkowicie pustej przestrzeni. Początkowo myślę, że chodzi o to, aby łatwiej wykryć potencjalnych uciekinierów. Ale przede wszystkim dzieje się tak dlatego, że wszystko, co się da, wycina się w Korei Północnej na opał. Z krajobrazu więc znikają najmniejsze choćby krzewy. Nie sposób się temu dziwić, gdyż prąd jest tu limitowany. Nawet w stolicy w dzień powszedni jest dostępny raptem przez… godzinę. Gdy temperatura zimą spada do minus kilkunastu stopni, w nieogrzewanych mieszkaniach są minus dwa stopnie Celsjusza. Koreańczycy śpią w specjalnych foliowych, nazwijmy to, namiotach. Da się przeżyć, towarzyszu Kim Dzong Un!

Kim Dzong Un – ludzki pan?...

No, może nie każdemu udaje się przeżyć. Kim Dzong Un, obecny dyktator komunistycznej Korei, wnuk władcy Kim Ir Sena i syn kolejnego czerwonego dyktatora Kim Dzong Ila, tropi spiski przeciw sobie wszędzie. Także we własnej rodzinie. Pozbył się już przyrodniego brata, aby nikt nie miał wątpliwości, kto ma rządzić z rodziny założyciela Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej. Pozbył się też wuja: ten podobno za bardzo go pouczał, jak ma rządzić. Istnieją dwie legendy na ten temat. Jedna czarna, mówiąca, że Kim dał wuja na pożarcie psom, które go natychmiast rozszarpały. I druga, pokazująca ludzką twarz komunistycznego przywódcy, według której Kim kazał zamordować wujka i ponoć to przeżywał. Ba, nawet płakał



zawartość zablokowana

Autor: Ryszard Czarnecki


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się