„Roślinki”, które wszystko czują

numer 2026 - 16.05.2018Kościół

Pawełek leżał w szpitalu kilka dni. I w ciągu tego czasu kilka razy swoim stanem zapowiadał, że już odchodzi. Ale po chwili „odbijał” i było lepiej. – Na co, kochanie, czekasz? – pytałyśmy. Po tygodniu takiego balansowania między życiem i śmiercią wydarzył się mały cud.

Niespełna dwuletni Brytyjczyk Alfie Evans zmarł – za zgodą sądu i przy pomocy lekarzy w szpitalu w Liverpoolu. Jednak walka rodziców o życie chorego chłopca odbiła się na świecie szerokim echem. Czym śmierć niepełnosprawnego dziecka jest dla Siostry?

Służę w Domu Pomocy Społecznej dla Dzieci i Młodzieży w Broniszewicach. Przeżyłam ok. 30 śmierci naszych „niedoskonałych” dzieci. Towarzyszyłam im z różnym zaangażowaniem. Jednakże nie umiałam się przyzwyczaić do tego, że odchodzą. Za każdym razem był ból, ścisk w żołądku, łzy, niepokój, przeplatane z ulgą, że dziecko już się nie męczy, że nareszcie jest uwolnione ze swojego niepełnosprawnego ciała. I zawsze przychodziła pewność, że jest w Niebie. To duże pocieszenie.

Nasuwa się pytanie: czy ludzie – a szczególnie dzieci – inaczej umierają, kiedy są kochani?

Zadaję sobie pytanie, jak chciałabym umierać ja sama. Co jest dla mnie ważniejsze, gdybym musiała wybierać? Umierać przy kochających mnie osobach, trzymana za rękę, czy umierać zaopatrzona we wszystkie sprzęty ratujące życie, ale w samotności? Dziś wybrałabym to pierwsze. To jest ogromna wartość mieć przy sobie osoby, które mnie bardzo kochają. Oczywiście zakładam konieczność wyboru. Idealnie byłoby, gdyby oprócz moich bliskich na moim życiu zależałoby również lekarzom, którzy się mną zajmują. A co do naszych „niedoskonałych” dzieci i ich odchodzenia – opowiem historię naszego Pawełka.

Pawełek miał 19 lat. Według lekarzy miał dożyć zaledwie… 11. Był dzieckiem leżącym, z porażeniem mózgowym, nie mówił, nie widział. Śmierć Pawełka jest dowodem na to, że tzw. dzieci roślinki wszystko czują.

Nagle stan Pawełka się pogorszył. Nasza siostra pojechała z nim do szpitala, żeby nie był sam, gdy będzie umierał. Bardzo go kochała. Czuwała przy nim do końca, dzień i noc. Jego stan z godziny na godzinę się pogarszał. Lekarze powiedzieli, że nie będą podejmowali reanimacji. Rodzice zostali poinformowani. Do szpitala przyjeżdżał tato. Osobno przyjeżdżała mama. Nie żyli już ze sobą od parunastu lat.

Dla lekarzy każdy dzień był zagadką, dlaczego Pawełek jeszcze żyje, skoro wszystkie parametry życiowe wskazywały na to, że powinien umrzeć. Pawełek leżał w szpitalu kilka dni. I w ciągu tego czasu kilka razy swoim stanem zapowiadał, że już odchodzi. Ale po chwili „odbijał” i było lepiej. – Na co, kochanie, czekasz? – pytałyśmy.

Po tygodniu takiego balansowania między życiem i śmiercią wydarzył się mały cud. Do Pawełka przyjechali oboje rodzice razem. Pierwszy raz od bardzo dawna Pawełek miał obok siebie oboje rodziców. Mama pochyliła się nad Pawełkiem po jednej stronie, tata po drugiej. Nie wiemy, co mu szepnęli, bo na tę chwilę zostali sami z synkiem. I właśnie wtedy przy swoich obojgu rodzicach Pawełek odszedł



zawartość zablokowana

Autor: Jarosław Wróblewski


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się