Historia jednej płyty

numer 2073 - 11.07.2018Kultura

Kiedy odnajdujemy nieznany obraz znanego mistrza, rękopisy wierszy czy dramaty geniusza pióra, to de facto powiększa się coś, co nazywamy dziedzictwem kulturowym człowieka. Nie inaczej dzieje się, gdy nagle na sklepowe półki trafia muzyka, o której melomani nie wiedzieli. Cieszy to tym bardziej, że „Both Directions At Once: The Lost Album” Johna Coltrane’a to muzyka, która ucieszy tych, którzy cenili artystę i jego dokonania sprzed okresu eksperymentów.

Pierwszy tydzień marca 1963 r. był dla Johna Coltra­ne’a i jego muzyków okresem wytężonej pracy. Artysta był w trakcie przygotowań do nagrania klasycznego już dzisiaj albumu z wokalistą Johnnym Hartmanem. Zaplanowano je na czwartek 7 marca. Ale w tamtych dniach wydarzyło się coś więcej. Dzień wcześniej, w środę doszło do sesji nagraniowej, która aż do teraz owiana była tajemnicą. To właśnie w środę 6 marca dokonano nagrania w Van Gelder Studios, a u boku lidera stanęli ci, z którymi za chwilę, a ściślej za 20 miesięcy, miał nagrać jeden z najbardziej radykalnych i ponadczasowych albumów jazzu, słynny, odwołujący się wprost do Boga „A Love Supreme”. Przy fortepianie zasiadł McCoy Tyner, na kontrabasie zagrał Jimmy Garrison, perkusistą kwartetu był Elvin Jone.

W środę 6 marca Coltrane i kwartet pojechali do Van Gelder Studios w Engle­wood i nagrali materiał wystarczający na cały nowy album, w tym kilka oryginalnych kompozycji, których nigdy wcześniej nie nagrywano. Spędzili dzień na próbach, ćwicząc, grając na różne sposoby i w różnych konfiguracjach. Pod koniec dnia Coltrane opuścił studio z taśmą zapasową i zaniósł ją do domu w ­Queens



zawartość zablokowana

Autor: Piotr Iwicki


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się