Wsparcie dla mediów Strefy Wolnego Słowa jest niezmiernie ważne! Razem ratujmy niezależne media! Wspieram TERAZ » x

Byliśmy w sytuacji dramatycznej, ale warto było

Dodano: 15/02/2019 - numer 2255 - 15.02.2019
Leszek Szymański/PAP
Leszek Szymański/PAP
W moim przekonaniu to, że 4 czerwca został tak dalece przyśpieszony, że odbyło się to w trybie tego, co nazywamy „nocną zmianą”, to jest cena, którą zapłaciliśmy za niedopuszczenie do pozostawienia baz rosyjskich w Polsce.
Wybory z 1991 r. zostały oparte ordynacji wyborczej, która z góry przesądzała, że będzie to parlament całkowicie pokawałkowany, rozbity, i jak przypuszczam, w założeniu tych, którzy przygotowywali ten akt wyborczy, w ogóle nie pozwoli na wyłonienie rządu, a już na pewno nie pozwoli na uchwalenie nowego aktu konstytucji, co powinno być pierwszym, głównym zadaniem tego wybranego parlamentu.
Kwestia powołania mojego rządu była sprawą, która graniczyła z cudem – że to się udało. Przeciwko była znaczna część – sięgająca co najmniej połowy składu Sejmu, bo oczywiście postkomuniści, którzy byli drugą frakcją parlamentarną, i Unia Wolności (wtedy jeszcze Unia Demokratyczna – przyp. red.), która twardo stała na gruncie kontynuowania linii Okrągłego Stołu – była przeciw. Przeciw temu rządowi był także prezydent, który w momencie kiedy została zgłoszona moja kandydatura, powiedział, że zrobi wszystko, żeby do tego wyboru nie dopuścić.
Powstała sytuacja pewnego rodzaju konfrontacji nowego, pierwszego po prawie pół wieku wolnego Sejmu Rzeczypospolitej, z prezydentem, który demonstrował, że rząd, który miał poparcie parlamentu, nie będzie przez niego akceptowany.
Innego wyjścia nie było
Ja uznałem jednak, że nie można dopuścić do sytuacji, w której się okaże, że pierwsze wolne przedstawicielstwo narodowe, które zostało wyłonione przez Polaków po właściwie pół wieku, skompromituje się tym, że nie będzie w stanie wypełnić swoich podstawowych obowiązków, tzn. powołania rządu Rzeczypospolitej. I tylko dlatego zgodziłem się wtedy na przyjęcie na siebie tej misji, zdając sobie sprawę, jak dalece ja osobiście i cała ekipa, która razem ze mną podjęła się tego zadania, jesteśmy nieprzygotowani na takie wyzwanie.
Ale wówczas właściwie innego wyjścia nie było. Polacy swoją wolną wolę wyrazili w wolnych wyborach i musieliśmy podjąć to ogromne ryzyko, by nadać temu jakiś dalszy ciąg i spróbować, zasadniczo w opozycji do rozwiązań Okrągłego Stołu, przeprowadzić proces transformacji ustrojowej w taki sposób, aby stworzyć przyszłą Rzeczpospolitą nie na strukturach poprawianych czy częściowo zmienianych, lecz jako nawiązanie ciągłości z II Rzeczpospolitą i budować rzeczywiście niepodległe, suwerenne, demokratyczne, obywatelskie polskie państwo. (…)
Cele naszego rządu
Czy warto było podjąć to zadanie? Warto było. Ja sobie wtedy postawiłem trzy główne cele: po pierwsze trzeba było jak najszybciej wyprowadzić Polskę z obszaru „ziemi niczyjej”, w której się wtedy znajdowaliśmy. A właściwie to nawet może użyty przeze ze mnie termin „ziemia niczyja” jest na wyrost, bo byliśmy jeszcze właściwie w strefie rosyjskich wpływów. Przecież w ciągu tych dwóch lat nie udało się z Polski wyprowadzić rosyjskich garnizonów – one już wyszły z Węgier, z Czechosłowacji, ale w Polsce jeszcze wszystkie bazy, dawne bazy Paktu Warszawskiego, dawne bazy sowieckie były w dalszym ciągu zajęte przez wojska rosyjskie i myśmy nie mieli na to żadnego wpływu i żadnej kontroli nad obszarem, który te bazy zajmowały. (…)
Myśmy właściwie wtedy byli, w 1991 r., w sytuacji absolutnie dramatycznej i potrzebne było jeszcze co najmniej pół roku, by rzeczywiście wystąpić z kompleksową propozycją zmian całości układu. Tego czasu nam nie dano.
Skutki planu Balcerowicza
Ale stały się dwie rzeczy, które czynią odpowiedź, że warto było, które tę moją ocenę chyba uwiarygodniają.
Po pierwsze, obejmowaliśmy władzę w państwie znajdującym się w dramatycznej sytuacji gospodarczej, w sytuacji kryzysu, którego rozmiary dzisiaj trudno sobie wyobrazić. To był ten moment pod koniec roku 1991, kiedy plan Balcerowicza wykazał wszystkie swoje negatywne strony, stan finansów państwowych był katastrofalny, gospodarka wyglądała w ten sposób, że PKB spadł prawie o 40 proc. To była sytuacja dziś niewyobrażalna.
Najlepszy dowód na kryzys – nikt dzisiaj nie chce sobie tego przypominać – to ten, że wtedy wicepremier Balcerowicz podjął decyzję, bo on odpowiadał za sprawy gospodarcze zarówno w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, jak i w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego, o drukowaniu pustych pieniędzy. I właściwie myśmy nie mieli jasnego obrazu, ile tych pustych pieniędzy wpompowano w gospodarkę. Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który pilotował przebudowę ustrojową w Polsce, zawiesił wtedy swoje stosunki z nami. Z nami, tzn. z Polską, bo ta decyzja zapadła, zanim powstał mój rząd. I myśmy musieli się z tym wszystkim zmierzyć.
Myśleli, że nie damy rady
Ja myślę, że w znacznym stopniu dopuszczono do powstania tego rządu w nadziei, że my sobie nie poradzimy, że rząd się skompromituje. W związku z tym cała nasza opcja będzie politycznie unicestwiona, a także będzie można na kogoś zrzucić odpowiedzialność za to, co się tutaj stało i z czego pewnie będziemy wychodzili wspierani może jakimiś dodatkowymi kredytami, dodatkowymi rygorami, które nam narzucą.
To było zresztą dla nich obojętne. Było wiadomo, że to jest dla nich szansa powrotu do reżimu, który został zaakceptowany i uświęcony przy Okrągłym Stole. I to się nie udało.
Wprawdzie były to bardzo dramatyczne miesiące, ale myśmy jednak zdołali przygotować budżet, a parlament, który w nocy obalił nasz rząd, następnego dnia rano przyjął projekt naszego budżetu. Chociaż przedtem twierdzono, że to jest dokument, który jest czystą fikcją, pozorem. A według tej ustawy budżetowej działał rząd Hanny Suchockiej i okazało się, że właśnie w oparciu o ten budżet można było wyprowadzić Polskę z głębokiego kryzysu.
Co by było, gdyby rząd przetrwał?
Pewnie byłoby bardzo trudno, ale mogę powiedzieć, jakie były zamierzenia rządu. Wyprowadzenie Polski z szarej strefy politycznej i zagwarantowanie jej bezpieczeństwa przez docelowo wprowadzenie Polski do Paktu Północnoatlantyckiego, następnie przeprowadzenie procesu zmian ustrojowych, zmian własnościowych w Polsce, bo to była podstawa zmian ustrojowych w oparciu o ustawę reprywatyzacyjną, a następnie pewnej formuły przygotowanej przez nas powszechnego uwłaszczenia i wreszcie całkowitej przebudowy aparatu, który pozostał po PRL. Myśmy wtedy oceniali, że ów aparat jest całkowicie nieprzydatny do pracy dla rzeczywiście demokratycznego państwa i trzeba go zredukować co najmniej o dwie trzecie, ale przede wszystkim trzeba przebudować jego strukturę, także wprowadzić zupełnie nową kadrę, która w tamtym momencie można było dopiero przygotowywać. Ja w tym celu postawiłem bardzo ostro, bardzo zdecydowanie kwestię Krajowej Szkoły Administracji (Publicznej), która wtedy powstała, uważając, że to jest przyszła kuźnia kadr.
Niewątpliwym osiągnięciem tego rządu (było) niedopuszczenie do tego, by w Polsce, ja proponowali Rosjanie, pozostały rosyjskie bazy, przekształcone w polsko-rosyjskie przedsiębiorstwa, które miały status ponadnarodowy. To automatycznie utrwaliłoby związanie Polski z Rosją, bo zapewniłoby nam współczesny status Białorusi. Oczywiście, żebyśmy w takich warunkach mogli kiedykolwiek przystąpić do NATO, dopóki taka sytuacja by trwała, nie mogło być mowy.
O to stoczyliśmy bardzo ciężką walkę. I w moim przekonaniu to, że 4 czerwca został tak dalece przyśpieszony, że odbyło się to w trybie tego, co nazywamy „nocną zmianą”, to jest cena, którą zapłaciliśmy za niedopuszczenie do pozostawienia (baz).
     

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gpcodziennie.pl

W tym numerze