Demokracja i kapitalizm. Na co nam rady pracownicze?

GOSPODARKA \ Rynek pracy wciąż może się zmieniać na lepsze

numer 2317 - 02.05.2019Publicystyka

Instytut Spraw Obywatelskich z Łodzi zaprasza rząd premiera Morawieckiego do dyskusji o nowelizacji ustawy o radach pracowniczych. Był to projekt bardzo bliski śp. Zbigniewowi Romaszewskiemu. Niestety rady pracownicze są dziś w dużym kryzysie.

Dobra koniunktura gospodarcza, znaczny spadek bezrobocia, podniesione już kilka lat temu stawki godzinowe i polityka prorodzinna rządu, ułatwiająca Polkom i Polakom także decyzję o szukaniu lepszego zatrudnienia, sprawiły, że dość szybko zapomnieliśmy o ponurych realiach rynku pracy jeszcze sprzed kilku lat. Dziś powszechnie można odnieść wrażenie, że to pracodawcy szukają pracowników i pracownic, zarówno w niedofinansowanej budżetówce, jak i w sektorze prywatnym. Rezerwowa armia bezrobotnych, ten najtańszy zasób III PR, symbolizujący zresztą jej liczne patologie, rozpłynęła się.

Duże zmiany na rynku pracy

Dziś pracodawcy coraz częściej są zmuszeni do sięgania do tzw. głębokich rezerw. Dzięki temu na rynek pracy wracają choćby słabo wykształcone kobiety po pięćdziesiątce, wykonujące prostsze prace. Tam, gdzie brak pracowników, firmom grożą paraliż, osłabienie konkurencyjności, stagnacja i wypadnięcie z rynku. Przez lata nikt nie musiał się przejmować, że zagrożenie dla biznesu przyjdzie ze strony braku rąk do pracy i głów do myślenia. Dziś coraz więcej branż nie tyle chętnie, co wręcz rozpaczliwie rozgląda się za pracownikami z coraz dalszej zagranicy.

Relacje w pracy, relacje między pracodawcami i pracownikami wiele mówią o nas jako o społeczeństwie. Choćby to, czy umiemy współpracować, czy przedsiębiorcom zależy na inwestowaniu w rozwój pracowników, czy cenimy stabilność życiową, dość ściśle powiązaną przecież ze stabilnością zawodową. O Polakach jako społeczeństwie świadczy i to, jak na ogół wyglądają u nas relacje płacowe i zawodowe w większych i mniejszych firmach, a także w modelu B2B, czyli business to business (często opartym na współpracy samozatrudnionych z większymi podmiotami). Doświadczenia są bardzo zróżnicowane, wciąż bardzo źle bywa w branżach, które opierają się na outsourcingu i pracujących ubogich (sprzątaczki, ochroniarze).

III RP: bez szacunku do pracownika

Inna jest specyfika korporacji, inna tradycyjnych zawodów przemysłowych, które jeszcze w Polsce przetrwały, jeszcze inna w administracji publicznej i służbie cywilnej. Jest też jasne, że rozchwytywani budowlańcy mają dziś znacznie lepiej finansowo niż niejeden pracownik umysłowy średniego szczebla, ale nierzadko za cenę wiecznego pobytu poza domem i ze znacznie większym ryzykiem poważnego uszczerbku na zdrowiu.

Fasadowy w dużej mierze system aktywizacji zawodowej, świetnie ukazany przez Karolinę Sztandar-Sztanderską w książce „Obywatel spotyka państwo. O urzędach pracy jako biurokracji pierwszego kontaktu” sprzyjał emigracji zarobkowej jako jedynej strategii przetrwania oraz ucieczki przed życiową marginalizacją i beznadzieją. Swoje zrobiła też dezindustrializacja, czyli „odprzemysłowienie” Polski, na które świadomie postawił liberalny establishment III RP: całe połacie Polski B zamieniły się przez lata w rejony z bardzo marną pracą w małych firmach, w których niekiedy panowały niestety naprawdę jak najgorsze warunki pracy i płacy.

Pracownicza demokracja, podmiotowość robotników i pracownic najemnych była jednym z ważnych haseł pierwszej „Solidarności”. Jednak wraz z transformacją wszystko zostało poddane logice kapitału i logice biznesu



zawartość zablokowana

Autor: Krzysztof Wołodźko


Pozostało 50% treści.

Chcesz przeczytać artykuł do końca? Wyślij SMS i wprowadź kod lub wykup prenumeratę i zaloguj się.

Dostęp do artykułu
wyślij sms o treści GP1 na numer 7155
koszt 1 zł (1,23 zł brutto)
Prenumerata
Mam dostęp
zaloguj się