Pojedynek czasu pandemii

Niemcy \ Bawaria kontra Nadrenia Północna-Westfalia

Koronawirus nie tylko postawił na głowie niemiecką gospodarkę i życie społeczne, lecz także poprzestawiał scenografie i rekwizyty w tamtejszym teatrze politycznym. Kryzys co prawda zgromadził społeczeństwo wokół Angeli Merkel, której pożegnanie z polityką po raz kolejny okazało się zwykłym blefem, ale na prawdziwych gigantów walki z pandemią i jej skutkami wyrastają premierzy Bawarii i Nadrenii Północnej-Westfalii. To między tymi politykami może się stoczyć w niedalekiej przyszłości bój o Kanzleramt.
25 kwietnia w Berlinie miał się odbyć nadzwyczajny zjazd delegatów Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU), na który chadecy zaplanowali wybór następcy Annegret Kramp-Karrenbauer. Na skutek pandemii i walki z nią CDU odwołało zjazd, przy okazji informując opinię publiczną o poczynionych z tego tytułu oszczędnościach w wysokości miliona euro. Chadeków pochwalono za roztropność i oszczędność, a zjazd odbędzie się najpewniej w grudniu. Kandydaci do objęcia sterów w CDU mają więcej czasu na pokazanie się z jak najlepszej strony, choć bieżąca sytuacja pandemiczna nie wszystkim sprzyja. Friedrich Merz np. ma to nieszczęście, że nie sprawuje żadnego urzędu i nie może się wykazać żadnymi działaniami na polu zwalczania pandemii. W mediach Merz prawie nie istnieje, abstrahując od informacji, że zaraził się koronawirusem, a po odbytej kwarantannie wrócił do pełni sił. Podobnie słabe karty w walce politycznej ma też Norbert Röttgen, również pozbawiony narzędzi do walki z pandemią. Poza samą walką o przywództwo w CDU jest jeszcze tzw. kwestia K, czyli pytanie o przyszłego kanclerza Niemiec. I dwóch mocnych kandydatów, którzy tocząc bój z koronawirusem, walczą również o schedę po Angeli Merkel. Pandemia zdecydowanie podkręciła niemiecką politykę.
Przebieranki się skończyły
Markus Söder (53 l.), przewodniczący CSU, premier Bawarii, następca Edmunda Stoibera i Horsta Seehofera. Pierwszy premier kraju związkowego Republiki Federalnej Niemiec, który w obliczu pandemii odważył się odciąć Bawarię od reszty świata, wprowadził najbardziej rygorystyczne zasady dystansu społecznego i wyznaczył standardy postępowania, które później wdrażano w pozostałych landach. Kiedy w połowie marca rząd federalny jeszcze się zastanawiał nad podjęciem jakichkolwiek działań, Söder kręcił z niedowierzaniem głową i powołując się na wskaźnik zachorowań (wtedy było to tysiąc osób dziennie), postulował podkręcenie tempa we wprowadzaniu ograniczeń. Sam w tym czasie wpompował 10 mld euro w pomoc dla bawarskiej gospodarki i ogłosił landową kwarantannę. Pochwały dla jego działań spływały nie tylko z chadeckiego matecznika i z ośrodków naukowych, ale i tak odległych krańców polityki niemieckiej, jak Partia Zielonych. Błyskawiczną i zdecydowaną reakcję Södera docenił sam Cem Özdemir, były szef Zielonych. Dziś, kiedy na poziomie federalnym usiłuje się łagodzić obostrzenia i powoli wychodzić z lockdownu, Markus Söder przygotowuje Bawarczyków na to, że mogą zapomnieć o harcach na Oktoberfeście. Czyli w tym roku bez dekoltów, piwa, wesołego miasteczka i chłopaków w skórzanych spodniach. Kto choć raz był na Oktoberfeście, jest sobie w stanie wyobrazić miny Bawarczyków. Ale są rzeczy ważniejsze i Söder ma ich wyczucie. W mediach premier Bawarii zarobił sobie już na miano „żelaznego Markusa”, co jest sporą odmianą wizerunkową, biorąc pod uwagę, że Bawarczyk długie lata przebijał się do świadomości Niemców raczej jako ekscentryczny wielbiciel karnawałowych przebieranek. W swoim dorobku polityk ma stylizacje na Shreka, Marylin Monroe i wiele innych. Tym razem jednak żarty się skończyły, a szef CSU prezentuje się w czasie pandemii w aurze ojca narodu. A naród zdaje się to nawet lubić. Według ostatniego sondażu Bayerntrend aż 94 proc. Bawarczyków pozytywnie ocenia okołokoranokryzysowe działania swojego premiera. Wyniki sondażu są niemałą sensacją, podkreśla się, że jeszcze żaden polityk niemiecki nie miał tak dobrych notowań. Sława Södera jako dobrego gospodarza na czas kryzysu rozlała się zresztą na całe Niemcy. Szef CSU w ogólnoniemieckim sondażu popularności Politbarometer z kwietnia 2020 r. jest trzecim najbardziej lubianym politykiem Niemiec. Po zajmującej pierwsze miejsce Angeli Merkel i Olafie Scholzu, ministrze finansów, który zajął miejsce drugie. Armin Laschert w tym samym sondażu zajmuje miejsce piąte, a typowany jeszcze przed wybuchem pandemii na czarnego konia w wyścigu o przewodnictwo w CDU Friedrich Merz wylądował na przedostatnim, dziewiątym miejscu. I tak to pandemia w sposób zaskakujący nawet dla najbardziej doświadczonych komentatorów zmodyfikowała sympatie Niemców, czyniąc liderem rankingów popularności niesfornego Bawarczyka i spychając w niebyt ulubieńca najbardziej konserwatywnych kręgów CDU.
Laschert nie ma czasu do stracenia
Armin Laschert (59 l.), jeden z pięciu wiceprzewodniczących CDU, premier Nadrenii Północnej-Westfalii. To w jego landzie na samym początku pandemii regularnie odnotowywano największą liczbę zarażonych koronawirusem. A początek pandemii w NRW datuje się na 26 lutego, kiedy ogłoszono pierwszy przypadek zachorowania na COVID-19. Laschert działał wolniej od Markusa Södera, przyjęte w landtagu prawo na czas epidemii koronawirusa weszło w życie dopiero 1 kwietnia, kiedy liczba zgonów wynosiła już 148. Nie obyło się zresztą bez utarczek z opozycją w landtagu. Projekt przepchnięto głosami liberałów (FDP) i CSU, ale Zieloni mieli sporo zastrzeżeń, upatrując w przyjętych naprędce regulacjach znacznego uszczuplenia praw obywatelskich. Ostatecznie Armin Laschert zdołał przeforsować swoją wizję walki z pandemią, a przy rządzie landowym powołał Radę Ekspertów, w skład której wchodzą m.in. prof. Udo di Fabio, były sędzia Federalnego Trybunału Konstytucyjnego, prof. dr Michael Hüther, prezes Instytutu Niemieckiej Gospodarki, czy prof. dr Armin Nassehi, socjolog i wykładowca monachijskiego Ludwig-Maximilians-Universität. To ta rada ekspertów doradzała Laschertowi w początkach koronakryzysu, a 12 kwietnia ogłosiła plan rozbitego na etapy wychodzenia z narodowej kwarantanny zatytułowany: „Odpowiedzialny plan powrotu do normalności”.
Rewolucji nie było
I ten plan miał zainspirować kanclerz Merkel do większego zmiękczenia obowiązujących ograniczeń. Panowało przekonanie, że cieszący się poparciem Armin Laschert może liczyć na dobre przyjęcie opracowanego exitu. Tak się nie stało. Kanclerz Niemiec bardzo ostrożnie podeszła do tematu luzowania ograniczeń i 15 kwietnia po naradzie z premierami landów ogłosiła przedłużenie ograniczeń społecznych do 3 maja. Rewolucji więc nie było i uzgodnienia w Berlinie bardziej przywodzą na myśl sposób działania Södera niż Lascherta. Ponieważ jednak i tak wiele regulacji związanych z kryzysem będzie podejmowanych na poziomie landów, zarówno Laschert, jak i Söder mają pole do popisu. Sceptyczny wobec i tak mało rewolucyjnego pakietu stopniowego powrotu do normalności Bawarczyk już ogłosił, że owszem, dostosuje się do przyjętych w obecności pani kanclerz poluzowań, ale z pewnych restrykcji nie zamierza rezygnować. Natomiast Armin Laschert, który naciskał na maksymalne poluzowanie wszystkiego, co tylko można, zapowiedział wczoraj na konferencji prasowej otwarcie szkół od 23 kwietnia, czyli już od najbliższego poniedziałku, co ewidentnie uderza w wypracowany w Berlinie kompromis wyznaczający ewentualną datę otwarcia szkół od 4 maja. Oferta Lascherta jest skierowana do tegorocznych maturzystów i uczniów szkół ponadpodstawowych, łącznie chodzi o 148 tys. osób. Pytanie, jak w Berlinie zareagują na woltę krewkiego premiera. Na razie wykrystalizowały się dwie strategie wychodzenia z pandemicznego odrętwienia, obie sygnowane przez polityków, których apetyt na władzę zdaje się mocno przekraczać granice powierzonych im landów.

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Interesuje Cię pakiet wielu subskrypcji? Napisz do nas redakcja@gpcodziennie.pl

W tym numerze