Bazooka nie dla wszystkich

fot. Frieder Blickle/Forum
fot. Frieder Blickle/Forum

NIEMCY \ Małe i średnie firmy z branży turystycznej apelują o zwiększenie pomocy

29,2 proc. przedsiębiorców ankietowanych przez monachijski Instytut Badań nad Gospodarką (Ifo) obawia się, że jeżeli obostrzenia związane z pandemią koronawirusa potrwają jeszcze dłużej, to ich firmy przeżyją co najwyżej trzy miesiące. Mimo słynnej bazooki niemieckiego rządu federalnego, czyli tarczy antykryzysowej dla przedsiębiorców, właściciele małych i średnich firm boją się o swoją przyszłość i apelują o zwiększenie pomocy. Wczoraj na ulicach 30 niemieckich miast mieli demonstrować właściciele małych i średnich biur podróży. Wszystko z zachowaniem odstępów i maksymalnej liczby 50 uczestników.
Jak wynika z ankiety, 52,7 przedsiębiorców uważa, że w warunkach obostrzeń jest w stanie utrzymać swoje firmy do sześciu miesięcy. Zdaniem eksperta Instytutu, Klausa Wohlrabego, dane te są bardzo niepokojące i wskazują na niechybną falę upadłości. Pod względem strat poniesionych przez konkretne branże w czasie lockdownu na pierwsze miejsce wysunęła się branża turystyczna (straty na poziomie 84 proc.), dalej są: lotnicza (-76 proc.), cateringowa i hotelarska (-68 proc.), opieka zdrowotna (-45 proc.), kultura, rozrywka i rekreacja (-43 proc.), budowa maszyn (-41 proc.). I jest jeden wyjątek, który odnotował w kryzysie wzrost. Branża farmaceutyczna z wynikiem +7 proc. Tyle o liczbach dotyczących konkretnych branż. Z kolei Instytut Gospodarki Światowej w Kilonii (IfW), przekładając dane o fatalnej sytuacji przedsiębiorstw na całe społeczeństwo, spodziewa się znacznego spadku zamożności Niemców. Dyrektor IfW w komentarzu dla telewizji internetowej „Bild live” stwierdził, że gospodarcze skutki pandemii mogą kosztować Niemców od 2,6 do 3,5 tys. euro na głowę. Pomoc państwa jest szeroka i środki przeznaczone z budżetu federalnego na wsparcie przedsiębiorstw, zarówno w formie bezzwrotnych dodatków, jak i niskooprocentowanych kredytów z rządowymi gwarancjami są realnym wsparciem, ale 5 tys. euro na rękę (taką jednorazową zapomogę otrzymują m.in. właściciele małych firm) nie załatwi długofalowo problemu opłaty czynszu oraz wynagrodzenia pracowników w okresie przestoju.
Nie ma hotelu, zwija się i pralnia
Również kredyty z 80-proc. gwarancjami państwowymi, nie załatwiają sprawy, bo banki bardzo dokładnie sprawdzają, czy wnioskodawca będzie w stanie spłacić resztę. I często są w tej kwestii wątpliwości. Co z tego, że ktoś otrzyma kredyt, jeżeli nawet nie wie, kiedy będzie mógł otworzyć hotel czy restaurację. A przecież zobowiązania trzeba spłacać. Ta niepewność jest najgorsza – mówi „Codziennej” Nicole von Stockert, rzecznik Federalnego Związku Niemieckiej Branży Turystycznej (BTW). Stockert podkreśla jednocześnie, że 80 proc. przedsiębiorstw z branży złożyło wnioski o pomoc ze strony państwa i że każde udogodnienie, takie jak chociażby ustanowione 23 kwietnia przez rząd Wielkiej Koalicji obniżenie od lipca VAT dla gastronomów z 19 do 7 proc., jest na wagę złota. Ta regulacja ma obowiązywać przez rok, po tym czasie planuje się przywrócenie 19 proc. Jednak to, co jednych cieszy, innym niewiele daje. Obniżka VAT nie będzie dotyczyła lokali, w których nie wydaje się jedzenia. Typowe bary z alkoholem nie będą więc mogły na tym skorzystać. Branża turystyczno-gastronomiczna alergicznie zareagowała na niedawną propozycję Wolfganga Schäublego, szefa Bundestagu, by ze względu na pandemię skrócić okres wakacyjny. – I tak jesteśmy najbardziej poszkodowani, nie wiadomo przecież, kiedy rząd poluzuje obostrzenia dla branży i tegoroczne wakacje dla wielu właścicieli hoteli i restauracji będą walką o życie. Skrócenie tego okresu jeszcze bardziej ich pogrąży – mówi Stockert. Dodaje też, że w turystyce i powiązanych z nią dziedzinach gospodarki pracuje w Niemczech blisko 3 mln osób – to nawet więcej niż liczba zatrudnionych w branży motoryzacyjnej. – To nie jest tak, że padają tylko hotele czy restauracje. Podam przykład. Oddaję ubrania do prania w jednej z berlińskich pralni. Zdaje się, że po raz ostatni zaniosłam tam swoje rzeczy, bo właściciele zarabiali głównie na praniu pościeli i obrusów z okolicznych hoteli, co stanowiło większą część wpływów. Teraz zapotrzebowania nie ma. I grozi im zamknięcie. Poza tym przez odwołanie imprez masowych, przy czym bawarski Oktoberfest to najbardziej prominentny przykład, ale w całych Niemczech odwołuje się setki imprez plenerowych, które stanowiły źródło dochodu również dla producentów napojów, żywności etc., w tarapaty wpadają kolejne firmy. Ostatnio browar z 400-letnią tradycją warzenia piwa ogłosił, że się zamyka. Pandemia go pokonała. To wszystko są osobiste dramaty właścicieli, którzy nie mogą pracować, i dramaty osób przez nich zatrudnianych – dodaje rzecznik BTW. Pytana o to, jak zmienią się wakacje Niemców na skutek obostrzeń i kryzysu, stwierdza: więcej higieny, odstępy i raczej urlopy na miejscu. Nie sądzę jednak, by przyjęły się u nas włoskie propozycje z boksami z pleksiglasu na plażach, raczej postawimy na zachowanie odstępów i maksymalne przestrzeganie wymogów sanitarnych.
Kryzys trafił nas podwójnie
Według Ifo klimat do prowadzenia biznesu w Niemczech jest tak zły, jak nigdy wcześniej i gorzej nie było nawet w trakcie kryzysu ekonomicznego z 2009 r. Część przedsiębiorców co prawda powoli zaczyna myśleć o wznowieniu produkcji (chociażby Volkswagen), ale ci, którym nie wolno wznowić działalności, mogą tylko czekać i liczyć straty. Niektórzy z nich żądają dodatkowego wsparcia finansowego od państwa w postaci funduszy, inni wychodzą na ulicę i demonstrują przeciwko obostrzeniom, które prowadzą ich firmy na skraj bankructwa. Na wczoraj taką manifestację zapowiedzieli właściciele biur podróży w Schweinfurcie (Dolna Frankonia). Pikieta pod hasłem „Ratujcie biura podróży” miała się zebrać na głównym placu miasta, organizatorzy zapewnili, że w akcji weźmie udział maksymalnie 50 osób i wszystko odbędzie się z zachowaniem wymaganych odstępów. – Nas kryzys dotknął podwójnie. Od marca nie mamy żadnych obrotów. Oczywiście, że wolno nam już otworzyć biura, ale co z tego, kiedy nic nie sprzedajemy. Wręcz przeciwnie, musimy zwracać pieniądze za odwołane podróże zagraniczne – mówi bawarskiej rozgłośni BR24 Carina Spirk, właścicielka jednego z biur podróży. Demonstracja ma zwrócić uwagę rządzących na problemy małych i średnich biur podróży, a nie tylko tych największych. „Potrzebujemy strategii na wyjście z kryzysu, stałego dochodu na poziomie 1 tys. euro miesięcznie, szybkich, pozbawionych biurokratycznej otoczki procedur pomocowych, tego, co uchroni naszą branżę przed kompletnym wymarciem – dodaje. Jak podaje BR24, takich demonstracji zaplanowano w Niemczech więcej. W akcję włączyli się właściciele biur podróży z Norymbergi, Monachium, Kempten, całościowo demonstracje mają się odbyć w trzydziestu miastach. Szacuje się, że w Niemczech w biurach podróży pracuje od 80 do 100 tys. osób.
Bez podróży przynajmniej do połowy czerwca
Biura podróży, niezależnie od wielkości i liczby zatrudnianych pracowników, będą musiały jeszcze dużo wytrzymać. W środę rząd federalny pozytywnie zareagował na rekomendację ministra spraw zagranicznych Heiko Maasa (SPD) i przedłużył obostrzenia w kwestii podróży zagranicznych co najmniej do 14 czerwca. Dopiero po tym terminie rząd zadecyduje, co dalej będzie z wakacjami. Dzięki decyzji rządu osoby, które wykupiły pobyty za granicą, mają prawo do całkowitego zwrotu kosztów. Dla biur podróży to kolejny cios. Wiele z nich do połowy czerwca może już nie dotrwać.

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów gpcodziennie.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Interesuje Cię pakiet wielu subskrypcji? Napisz do nas redakcja@gpcodziennie.pl

W tym numerze